Wyobraź sobie, że zawsze masz czas

Czas… czas ciągle ściga nas.

Ten rok mija mi pod znakiem braku czasu. Stale mam go za mało, co widać zwłaszcza tutaj.Zresztą, chyba wszędzie liczy się dziś tempo. Musi być szybko i duuużo, duuużo wszystkiego.

Zauważyliście, że większość filmów trwa dziś po dwie godziny, a akcja w nich nie zwalnia ani na sekundę? A piosenki mają po 3 minuty i cały czas są głośne i zabawne i wypełnione wszystkim co tylko się zmieściło. Takie utwory królują w mainstreamowym radiu, którego ostatnio zdarzyło mi się słuchać.
U mnie ostatni rok to ciągły kołowrotek i brak czasu – to już pisałam. Przeczytałam za mało książek, obejrzałam za mało filmów, słuchałam za mało dobrej muzyki, za mało pisałam. Nie miałam czasu. Co ciekawe przy takiej gonitwie najwięcej wrażenia robią na mnie spokojne płyty. A w poprzednim roku nie tylko płyty, ale i filmy.

Uwielbiam płyty na których nikt nie liczy się z czasem. Ostatnio zachwyciła mnie BOKKA ze swoimi „filmowymi” utworami, coś jak soundtrack do życia.
Ale to jeszcze nie to.
Dobra muzyka nie licząca się z czasem sprawia, że również ty nie liczysz się z czasem i zapadasz się. I wydaje ci się, że masz czas. I nie możesz się skupić na niczym innym (w gruncie rzeczy to eliminuje cały ambient z tej kategorii). Do tej pory tak działał na mnie m.in. „No surpries” Radiohead

Radiohead – No Surprises

W tym roku pojawiła się nowa-stara płyta Pink Floyd, która mimo spokojnego, poetyckiego niemal wydźwięku, podzieliła fanów na miliard części i stała się przyczynkiem do wojen religijnych na forach i grupach fb. Jest to oczywiście dosyć zabawne. Bawi mnie zwłaszcza stanowisko, że płyta byłaby ok, ale jako dodatek do wznowionego wydania „The Division Bell”. 😀 Trochę jak strona „B” twórczości.
Mnie się podoba. Jest w tej muzyce przestrzeń, którą tak uwielbiam u Pink Floydów, ale bez wokali ta przestrzeń jest dużo większa niż zwykle. W każdym razie dla mnie ta płyta to nie jest ambient, to właśnie muzyka która ma czas, bardzo relaksująca i bardzo wciągająca. Nie bardzo da się jej słuchać w pracy, bo przykuwa uwagę i daje mylne złudzenie, że ma się duuużo, duuużo czasu… na wszystko.

Pink Floyd The Endless River:

The Endless River | 02 – It’s What We Do – Pink Floyd

The Endless River | 07 – Anisina – Pink Floyd

The Endless River | 14 – Talkin’ Hawkin’ – Pink Floyd

The Endless River | 18 – Louder Than Words – Pink Floyd

Ok, to na koniec najlepsze combo minionego roku, czyli film + ścieżka dźwiękowa.
Film obejrzałam w letniej promocji kina ARS za chyba 6zł w środku tygodnia, a więc goniąc do kina prosto z pracy z zamieszaniem w głowie i niedokończonymi sprawami.
Tytuł filmu o którym mowa to „Tylko kochankowie przeżyją” i jest to zdecydowanie najlepszy film jaki oglądałam w tym roku. A lekko psychodeliczna ścieżka dźwiękowa została w mojej głowie do dzisiaj. Film jest dziełem Jima Jarmuscha, który jest również współautorem ścieżki dźwiękowej. Temat jest dosyć popularny – wampiry. Ale nie takie efekciarskie lowelasy z banalną historią romantyczną w tle, albo zdeprawowane krwiopijce. Zresztą, ten film jest głównie o czasie, którego długowieczne wampiry mają pod dostatkiem, miejscami aż za dużo. Film jest spokojny, z lekko mglistą fabułą, przepięknie zdjęcia, przepiękna scenografia i przepiękna muzyka, która jest również częścią fabuły. Myślę, że to że wpadłam na seans prosto z pracy spotęgowało wrażenie spokoju z jakim toczy się akcja w filmie i być może dlatego ujął mnie tak bardzo. Młodzież siedząca obok mnie, która rozpoczęła oglądanie sweetfociami wykruszyła się po 20 minutach 😉 Polecam!

Ale skupmy się na muzyce. Lekko psychodeliczna ścieżka dźwiękowa to efekt współpracy Jima Jarmusha, jego zespołu SQÜRL i Jozefa van Wissema.
A wygląda to tak:

Jozef Van Wissem & SQÜRL – The Taste Of Blood

Na ścieżce pojawia się także genialny cover piosenki Wandy Jackson, która sprawia, że czuje się dokładnie tak, jak jest to napisane w tekście:

„Here I go,
Going down, down, down,
My mind is a blank,
My head is spinning around and around,…”

SQÜRL (featuring Madeline Follin) — Funnel Of Love

i wersja oryginalna z przepięknym wokalem Wandy Jackson z 1960r.
Wanda Jackson Funnel Of Love (1960)

Do następnego razu!

Reklamy

Muzyka dla lotnisk

Od jakiegoś czasu natykam się w sieci na narzekania na słuchanie playlist, zamiast pełnych albumów.
Doszliśmy do miejsca gdzie ciągłe wyrywanie piosenek z kontekstu płyty spowodowało, że ten kontekst stał się zbędny. Bardzo często nie znamy albumu z którego pochodzi piosenka, którą akurat wielbimy. Bardzo podobne narzekania słyszałam z ust Neila Younga. Wspominał o tym gdy ostatnio go widziałam ;), ale o tym następnym razem.

Wróćmy do współczesnych, popularnych form słuchania muzyki. Według mnie stało się ono bardzo konsumpcyjne. Nie ma się za bardzo co dziwić, wszystko takie się stało :).
Słuchamy muzyki tak jak jemy: niedbale, szybko i tłusto. Szukamy łatwo dostępnych hiciorów, które możemy ponucić, ustawić jako dzwonek, albo poskładać w superplayliście w modnym serwisie muzycznym. Obecne hity nawet mają swój własny odpowiednik glutaminianu sodu :). Dziś wszystko musi być ustawione na maksa, jeśli piosenka nie porywa w ciągu 10 sekund to do widzenia. Jeśli jest cicha, albo trudna to też do widzenia. A może zdarza wam się posłuchać płyty 3 razy, żeby upewnić się na sto pro czy wam się spodoba? Pan Kaczkowski w radiu czasem mówi, że słuchał kilka razy żeby sprawdzić. Dla niektórych ludzi to pewnie totalna abstrakcja.
Wiem, trochę demonizuję 🙂
Żyjemy w epoce składanek, choć byłam pewna, że czas składanek minął z z rokiem 2000. Pamiętam z podstawówki i liceum tedodawane do pseudomuzycznych gazet płyty typu letnie hity, zimowe przeboje i inne grillowe disco. O zgrozo, zamiast albumu konkretnego wykonawcy były też składanki najlepszych hitów radiowych lata, jesieni, zimy itd. A jednak nadal mamy ciągoty do składanek – teraz ambitnie nazywamy je playlistami. Uwielbiamy playlisty i tematyczne radyjka internetowe :).

Pytanie brzmi: Czy to aby na pewno źle?

Pomyślałam, że używamy muzyki w nowych celach, w nowych sytuacjach. Dostęp do niej jest na tyle łatwy, że możemy słuchać muzyki wszędzie i jakiej chcemy.
Ale nie. Używamy jej częściej, bo jest to proste. Używamy jej w nowych sytuacjach, bo się tak da. Ale cel jest taki sam jak zawsze: zabić niezgrabną ciszę, uprzyjemnić pracę czy monotonne zajęcia.
Ludzie od wieków śpiewali przy robocie, przy pracy w polu, tłukąc kamiory w więziennym kamieniołomie czy usypiając dzieci.
Muzyka wpływa na nas, na pracę naszego organizmu i na nasze samopoczucie. Coś musi dziać się w tle. Znam ludzi którzy włączają radio, gdy tylko przychodzą do pracy, choć wcale tego radia nie słuchają, ale sprawia to, że pracuje im się lepiej. Podobno fajnie jest jechać na motorze po górskich serpentynach słuchając King Crimson. I miło jest usypiać słuchając kołysanki. I nie ma filmu bez ścieżki dźwiękowej, nawet nieme filmy ją miały!
Gdy skupiamy się na słuchaniu muzyki, traktujemy ją jak film, jak przedstawienie, jak książkę. Ale dużo łatwiej jest nam traktować muzykę jak obraz wiszący na ścianie. Wiemy, że jest. Wiemy, że dzięki niej jest ładniej. Nie zwracamy jednak na nią całej naszej uwagi.
Mamy duży apetyt na muzykę poniekąd funkcyjną. Piszę poniekąd, bo muzyka funkcyjna to jest bardzo konkretny typ, ale o tym za chwilę.
Są playlisty do biegania, dostosowane do stylu biegacza tak ściśle, że nie każda będzie dla ciebie dobra. Jest muzyka do jazdy samochodem. Jest muzyka dla zakochanych, są składanki łóżkowe. Sami przygotowujemy sobie składanki. Też takie mam. Playlisty z mocno określonym rytmem do biegania, energetyczną playlistę do poratowania się w ponure dni w pracy, kiedy to nic a nic się nie chce. Mam przewidywalne playlisty z dobrze znanymi mi średniakami, świetne do kreatywnej pracy, mocną trashowo-death metalową składankę do edycji zdjęć. Mam też playlistę z muzyką odpowiednią na proszoną, spokojną kolację z lampką wina, oraz składankę muzyki world i folk która robi klimat na odwiedziny gości w letnie, sobotnie popołudnie.
To wszystko muzyka której nie słucham. To wszystko muzyka którą słyszę, ale która mnie nie zajmuje. To jest muzyczna tapeta :), nie zwracasz na nią uwagi, ale robi klimat.
Może po prostu potrzebuję muzyki funkcyjnej?

Istnieje coś co nazywa się Muzak. Według artystów i kompozytorów, jest to produkt muzykopodobny.
Muzak to muzyczne tło, mało emocjonalna, stonowana muzyka, której zadaniem jest wpłynąć na nasze emocje i nasz nastrój, a nawet na nasz stan fizyczny w taki sposób aby skłonić nas do pewnych zachowań. Na przykład do zakupów, wydajniejszej pracy, lub opanowania emocji. To muzyka, której masz nie zauważać, taki wypełniacz.
Nazwa Muzak pochodzi od nazwy firmy Muzak Holdings LLC, która w latach 70-80 ubiegłego stulecia zaopatrywała w „muzykę tła” amerykańskie banki, centra handlowe i zakłady pracy.

Ale historia muzyki funkcyjnej jest dużo starsza. Jej prekursorem był Erik Satie.
Jego pomysł był prosty. „Muzyka-krzesło”. Czyli utwory które mogłyby być tłem dla życia, dodatkowym meblem w pokoju, który sprawia, że wszystko wygląda lepiej, a dokładnie, że odbiorca czuje się lepiej.

Rzućmy uchem:
Erik Satie: Musique d’ameublement

I chyba jeden z najbardziej znanych.
Utwór uznawany za zapowiedź ambientu:
Erik Satie – Gymnopédie No.1 (ok. 1888r)

Z inspiracji muzyką tła powstał też zupełnie inny niż miłe dla ucha melodyjki muzaka. Powstał Ambient. Powstał z wypadku Briana Eno.
Za wikipedią: „W styczniu 1975 roku miałem wypadek samochodowy. Nie byłem ciężko ranny, ale musiałem leżeć w łóżku na wznak i byłem unieruchomiony. Moja przyjaciółka, Judy Nylon, odwiedziła mnie wtedy i przyniosła płytę z XVIII-wieczną muzyką na harfę. Kiedy już wyszła, z wielkim trudem nastawiłem płytę i położyłem się z powrotem. Okazało się, że wzmacniacz nastawiony był na minimalną głośność i jeden kanał był kompletnie głuchy. Ponieważ nie miałem siły, by się podnieść i wyregulować głośność, dźwięki dochodzące z głośnika były na granicy słyszalności. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż można słuchać muzyki w zupełnie inny sposób: traktować ją jako element otoczenia, w ten sam sposób, co kolor światła i dźwięk deszczu.”
O Brianie Eno wspominałam już przy okazji genialnego albumu Low Davida Bowie, którego Eno był producentem.

A dziś chciałam z wami posłuchać Muzyki dla Lotnisk.
Bo ta płyta trochę uratowała mnie podczas podróży samolotem i skłoniła do zastanowienia się po co i jak słuchamy teraz muzyki. A ponieważ leciałam do stanów to miałam chwilę czasu na myślenie ;).
Nie lubię latać. Wydaje mi się to trochę absurdalne. Coś jak ten latający samochodzik w Harrym Potterze. Nie lubię poczucia zamknięcia i bezsilności jakie towarzyszą mi w samolocie.
Na szczęście na długich trasach dostępne były filmy i zbiór różnych albumów do odsłuchania. Słuchałam nowej płyty Pearl Jamu (czad!), ściezki dźwiękowej do nowego filmu braci Coen (czad 2), ale najlepsza do podróżowania okazała się płyta: Music for Airports Briana Eno. Uwielbiam te muzyczne plamy i krajobrazy. Dzięki tej płycie byłam w stanie się zrelaksować i usnąć.
I to nie jest składanka do latania samolotem, to świetny bardzo funkcyjny i niezwykle absorbujący, choć wymykający się myślom album. Jeśli ktoś boi się latać, to polecam.
Według mnie to muzyka najbliższa malarstwu. Muzyczne plamy, linie, kolorystyka. Lepiej wygląda niż brzmi.
Nie słucha się jej jak zwykłych piosenek. Choć zdarzyło mi się ją nucić, jeśli wydawanie pojedynczych dźwięków można nazwać nuceniem. Tę płytę trzeba odbierać jak obraz. Niestety nigdy nie umiałam ładnie tłumaczyć emocji jakie daje mi muzyka. I w tym momencie skapituluje. Po prostu spróbujcie sami.
Te utwory nie nadają się ani do biegania, ani do tańca, nie polecam na dzwonek, ani do żadnych składanek. Polecam po prostu posłuchać.

Brian Eno Ambient 1: Music for Airports

Hipster jest smutny, bo usłyszał swoją ulubioną pisenkę w radio.

Jestem smutna bo moja ostatnio ulubiona piosenka reklamuje coś tam. Teraz wszyscy pomyślą, że słucham mainstreamowych piosenek z reklam i nie mam szans na bycie hipsterem. Niby można się było spodziewać, że tekst „sound & vision” jest wprost stworzony do reklamy telewizorów, komputerów czy tabletów, ale żeby po tylu latach?.

Oczywiście miałam o tym napisać wcześniej (wtedy byłabym trendsetterką 😉 ), ale po stanie bloga widać jak to z tym pisaniem jest. A ta reklama została moją szpilą pośpieszającą.

A tak na serio, to wróciłam do odsłuchiwania „Low” Davida Bowie’go i płyta podoba mi się coraz bardziej. Postanowiłam napisać o niej raz jeszcze, bo na pewno nikt z was nie pofatygował się żeby odsłuchać całość ;).

Co mnie w niej urzeka? Przede wszystkim =wahania nastroju, od niby radosnego do ciężko depresyjnego. Poza tym jest piosenka o moim ulubionym kolorze niebieskim :), wspominana we wcześniejszym wpisie „Warszawa” oraz na okładce plakat z filmu „The man who felt on earth”.

Z płyty pochodzą 2 single, ale tylko „Sound and vision” odniosła sukces na listach przebojów.

Czego posłuchamy?
ze strony A, świetny początek albumu.
David Bowie – „Speed of Life”

a teraz powód powstania posta – moje ulubione Sound and Vision (czyli reklamowy hit 😉 ):
David Bowie – „Sound and Vision”

dodajmy to do naszej listy kolorowych piosenek :).

Teraz druga singlowa piosenka. Długo zastanawiałam się czy wrzucić link z video, czy sam utwór. Klip nie sprawia przyjemności w oglądaniu, takiej jakiej można by się podziewać. Wręcz przeciwnie – video jest cierpkie i mocno niepokojące, dzięki temu piosenka staje się niezwykle emocjonalna, czuć w niej rozgoryczenie i rezygnację. Nie jest już taka radosna, jak po przesłuchaniu z płyty. Serio, to video mimo swojej prostoty robi ogromne wrażenie.
David Bowie – „Be My Wife”

Cała strona B to niezwykłe utwory instrumentalne (dziękujemy Brianie Eno 😉 ), pojawiają się tam tylko śpiewy w nieistniejącym języku (w „Warszawie”), które należy traktować raczej jako instrumenty niż wokale.
Strona B rozpoczyna się niesamowitym utworem „Warszawa” o którym już kiedyś pisałam.
Kolejny utwór ze strony B to nawiązujący do „Warszawy” „Art Decade” i jego posłuchamy na koniec. 🙂

David Bowie -„Art Decade”

Polecam całość, dobranoc.

Archiwiści

Niby powinnam słuchać jakichś ciekawostek, no ale jak to zrobić jak jest nowa płyta Archive, nowy Dead Can Dance, całkiem niezłe ZZTop leci w radiu, a na dodatek całkiem fajna i całkiem taneczna, lipcowa Brodka z „Varsovie” oraz jak zwykle szalony Muse(!)?
Z nowości zdecydowanie Archive.
Cała płyta jest świetna i w sumie to nie do końca wiem co mogłoby jakoś szczególnie zachęcić do odsłuchania. KONIECZNIE TRZEBA SŁUCHAĆ CAŁOŚCI!!! Oczywiście jeśli ktoś ma taką możliwość.
Mam ogromną słabość do Archive i zupełnie nie wiem jak to się mogło stać, że jeszcze go nie był na blogu. A może był? E chyba nie :).
To lecimy z szybkim odsłuchem nowej płyty „With Us Until You’re Dead”.

Na początek mój numer jeden z dynamicznych części płyty:
Archive – Conflict

To jeszcze coś:
Archive – Violently

I singiel – jest chyba na liście Trójki jakby ktoś chciał zagłosować to polecam:
Archive – Hatchet

Uwielbiam to zakończenie!
Archive – Rise

To teraz wspominkowo poprzednich płyt Archive.
Zwłaszcza, że mam całkiem zabawną historyjkę ;).

To najpierw z płyty Controling Crowds, wyjątkowy utwór tytułowy:

oraz moje ukochane „Bullets”:

Udało mi się być na koncercie Archive na Openerze, to chyba było 2 lata temu. Całość koncertu była oparta o płytę „Controling Crowds”, która jak można stwierdzić po fragmentach powyżej jest niesamowita :). Koncert odbywał się na scenie pod namiotem i co było nie do pomyślenia zazębiał się z The Dead Weather, które grało wcześniej na głównej scenie! Dlatego na Archive trzeba było trochę pobiec. Koncert był bardzo dobry, ale wyjątkowo głośny, co trochę utrudniało odbiór. Ostatnich piosenek słuchaliśmy już „na wylocie” z namiotu i po ostatniej piosence, gdy ludzie już powoli zaczęli się rozchodzić, zaczepiła mnie pewna Pani i miło zapytała czy byłam od początku na koncercie. Piszę „Pani”, bo była to niewątpliwie kobieta, chyba trochę starsza niż ja. W każdym razie nie podlotek :). Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

P: Byliście na całym koncercie?
Ja: Tak
P: Czy grali może Again?
Ja: Nie, nie grali.
P:…A to DZIADY!

Bawi mnie to do dziś. Pozdrawiam Panią! Do zobaczenia na jakimś koncercie Archive! Nie można tracić nadziei!

No to teraz Again, ponad 16 minut!

Archive – Again