Botany Bay

W kwietniu roku 1770r. podczas swojej wyprawy morskiej, której jednym z celów było sprawdzenie, czy istnieje nieodkryty kontynent tzw. „Terra Australis Incognita” (łac. „Nieznany Południowy Ląd”), James Cook dotarł to wybrzeży Australii. Ekspedycja płynęła wzdłuż wybrzeża na północ. Po tygodniu podroży zatrzymali się się w zatoce wcinającej się w głąb lądu.  Miejsce zostało oznaczone jako odpowiednie dla przyszłego brytyjskiego osadnictwa. Zatokę nazwano Botaniczną.

Osiemnaście lat później do Zatoki Botanicznej dopłynęła Pierwsza Flota dowodzona przez kapitana Arthura Philipa, by założyć tu pierwszą kolonię karną. Podróżnicy nie pozostali jednak długo w zatoce. Okazało się, że nie jest ona takim rajskim zakątkiem, jakim opisywał ją James Cook. Było tu mało wody pitnej, a drzewa były niezwykle odporne na ścinanie, trzeba było używać prochu. Phillip popłyną niewiele dalej na północ, gdzie znalazł o wiele przyjaźniejszą dla osadnictwa zatokę, nazwaną później Port Jackson, nad nią leży dziś centrum Sydney.

Mimo krótkiego pobytu zesłańców w Zatoka Botanicznej, stała się ona metonimią zesłania do kolonii karnej na końcu świata.

W skład Pierwszej floty wchodziło prawie 1500 osób, w tym 579 więźniów i 183 więźniarki. W podróży, która trwała 252 dni urodziło się 12 dzieci. W ładowni transportowców wieziono narzędzia rolnicze, zwierzęta i ziarno zakupione w Kapsztadzie, ostatnim punkcie cywilizacji europejskiej jaki odwiedzili, oraz materiał na budowę domu dla gubernatora. Skazańcy i osadnicy musieli wybudować schronienie i zacząć uprawę roli na własną rękę. Przez pierwsze 40 lat Wielka Brytania traktowała Australię wyłącznie jako miejsce zsyłki więźniów, których do 1858 r. przewieziono ponad 160 tysięcy.

Przez ten czas australijskie kolonie karne na trwała wpisały się w folkowe piosenki Australii i reszty świata :), będąc tematem tzw. „convict/transportation songs” (piosenek o zesłańcach do kolonii karnych) i „bush ballads” (utworów o awanturnikach żyjących w buszu), oraz licznych szant :).

Piosenka która zwróciła moją uwagę na Zatokę Botaniczną, to znana z filmu „Nienawistna ósemka” Q. Tarantino „Jimi Jones at Botany Bay”.
Samą piosenkę datuje się na około 1830r, a pierwszy raz została opublikowana w 1907r. Opowiada historię Jimiego Jonesa, który zostaje skazany na dożywocie w kolonii karnej w Australii. Po drodze jego statek zostaje napadnięty przez piratów i Jimi żałuje, że załodze udaje się ich pokonać, ale snuje swój plan, żeby gdy dotrze do kompanii karnej ucieknie do buszu i przyłączy się do gangu Jacka Donahue.

Jim Jones at Botany Bay – Jennifer Jason Leigh (The Hateful Eight Soundtrack)

Ostatni wers tej piosenki zostaje zmieniony przez filmową Daisy (Jennifer Jason Leigh ) na taki, który rozwściecza Johna Rutha (Kurt Russell).
Z tą sceną wiąże się ciekawostka. Do filmu wypożyczono oryginalną XXw gitarę z The Martin Guitar Museum. Po zagraniu piosenki miało nastąpić cięcie i zabytkowa gitara miała zostać podmieniona na współczesną kopię, którą John Ruth (Kurt Russell) miał następnie rozwalić. Niestety o planowanym cięciu i podmianie nie poinformowano Kurta Russella, który nie czekając na cięcie rozwalił zabytkową gitarę. Reakcja Jennifer Jason Leigh jest więc niezwykle naturalna.

W tradycyjnej wersji, na końcu piosenki znajduje się nawiązanie do historycznej postaci – Jacka Donahue.
Jack, zwany Bold Jack Donahue urodził się w Irlandii, w 1825 został zesłany do kolonii Karnej z której zbiegł stając się jednym z pierwszych bushrangerów, zbiegów żyjących poza prawem i ukrywających się w buszu, członkiem gangu Wild Colonial Boys. Jednoczenie stał się inspiracją do powstania nowego gatunku muzycznego „bush ballads” i nurtu w literaturze oraz sztuce, opowiadających o życiu w buszu. W kulturze Jack Donahue był przedstawiany jako awanturnik lub czasem jako ktoś na kształt Robin Hooda :). Jedną z piosenek upamiętniającą tę postać jest „The Wild Colonial Boys”, niestety z czasem jak to w tradycyjnych piosenkach bywa, jego nazwisko uległo zatarciu i obecnie są wersje w których występuje jako John Donohoe, Jack Doolan, Jack Dowling, Jack Doogan czy Jim Doolan.

Znalazłam wersję tej tradycyjnej piosenki w wykonaniu Micka Jaggera. Nagranie pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Ned Kelly”, opowiadającym o gangu Kelly – bushrangerach napadających na banki. Mick Jagger zagrał w nim tytułową rolę.
Ned Kelly był synem złodzieja skazanego na zesłanie do kolonii karnej. Zasłynął noszeniem domowej roboty zbroi, która mogła go ochronić nawet przed kulami. Został schwytany i powieszony w 1880r, mimo licznych protestów i pisemnych petycji.

Mick Jagger „The Wild Colonial Boys”

Australijskie piosenki więzienne, często czerpią z brytyjskiej i irlandzkiej kultury. Tak samo jak w przypadku folkowych piosenek amerykańskich, tak i te australijskie powstały na bazie melodii przywiezionych przez przesiedleńców z ich ojczyzn. I tak Jim Jones powstał na bazie melodii z irlandzkiej piosenki „Skibbereen” w której ojciec opowiada synowi dlaczego opuścił swoją rodzinną miejscowość i ojczyznę.

Sinead O’Connor „Skibbereen”

Piosenki o skazańcach i zatoce botanicznej, to nie tylko stare utwory folkowe. Są szanty, które opowiadają o marynarzach czy piratach z Botany Bay. Nazwa Zatoki Botanicznej jako synonim australijskiej kolonii karnej pojawia się w irlandzkiej piosence „The Fields of Athenry” z 1970r, opowiadającej o irlandczyku, który podczas klęski głodu w Irlandii w połowie XIX został skazany na zsyłkę do kolonii karnej za kradzież jedzenia dla swojej głodującej rodziny. Piosenka stała się hymnem irlandzkich fanów piłki nożnej. Na koniec mam jeszcze polską piosenkę o Pierwszej Flocie, napisaną przez Jacka Kaczmarskiego.

Jacek Kaczmarski – 1788r.

Reklamy

Wyobraź sobie, że zawsze masz czas

Czas… czas ciągle ściga nas.

Ten rok mija mi pod znakiem braku czasu. Stale mam go za mało, co widać zwłaszcza tutaj.Zresztą, chyba wszędzie liczy się dziś tempo. Musi być szybko i duuużo, duuużo wszystkiego.

Zauważyliście, że większość filmów trwa dziś po dwie godziny, a akcja w nich nie zwalnia ani na sekundę? A piosenki mają po 3 minuty i cały czas są głośne i zabawne i wypełnione wszystkim co tylko się zmieściło. Takie utwory królują w mainstreamowym radiu, którego ostatnio zdarzyło mi się słuchać.
U mnie ostatni rok to ciągły kołowrotek i brak czasu – to już pisałam. Przeczytałam za mało książek, obejrzałam za mało filmów, słuchałam za mało dobrej muzyki, za mało pisałam. Nie miałam czasu. Co ciekawe przy takiej gonitwie najwięcej wrażenia robią na mnie spokojne płyty. A w poprzednim roku nie tylko płyty, ale i filmy.

Uwielbiam płyty na których nikt nie liczy się z czasem. Ostatnio zachwyciła mnie BOKKA ze swoimi „filmowymi” utworami, coś jak soundtrack do życia.
Ale to jeszcze nie to.
Dobra muzyka nie licząca się z czasem sprawia, że również ty nie liczysz się z czasem i zapadasz się. I wydaje ci się, że masz czas. I nie możesz się skupić na niczym innym (w gruncie rzeczy to eliminuje cały ambient z tej kategorii). Do tej pory tak działał na mnie m.in. „No surpries” Radiohead

Radiohead – No Surprises

W tym roku pojawiła się nowa-stara płyta Pink Floyd, która mimo spokojnego, poetyckiego niemal wydźwięku, podzieliła fanów na miliard części i stała się przyczynkiem do wojen religijnych na forach i grupach fb. Jest to oczywiście dosyć zabawne. Bawi mnie zwłaszcza stanowisko, że płyta byłaby ok, ale jako dodatek do wznowionego wydania „The Division Bell”. 😀 Trochę jak strona „B” twórczości.
Mnie się podoba. Jest w tej muzyce przestrzeń, którą tak uwielbiam u Pink Floydów, ale bez wokali ta przestrzeń jest dużo większa niż zwykle. W każdym razie dla mnie ta płyta to nie jest ambient, to właśnie muzyka która ma czas, bardzo relaksująca i bardzo wciągająca. Nie bardzo da się jej słuchać w pracy, bo przykuwa uwagę i daje mylne złudzenie, że ma się duuużo, duuużo czasu… na wszystko.

Pink Floyd The Endless River:

The Endless River | 02 – It’s What We Do – Pink Floyd

The Endless River | 07 – Anisina – Pink Floyd

The Endless River | 14 – Talkin’ Hawkin’ – Pink Floyd

The Endless River | 18 – Louder Than Words – Pink Floyd

Ok, to na koniec najlepsze combo minionego roku, czyli film + ścieżka dźwiękowa.
Film obejrzałam w letniej promocji kina ARS za chyba 6zł w środku tygodnia, a więc goniąc do kina prosto z pracy z zamieszaniem w głowie i niedokończonymi sprawami.
Tytuł filmu o którym mowa to „Tylko kochankowie przeżyją” i jest to zdecydowanie najlepszy film jaki oglądałam w tym roku. A lekko psychodeliczna ścieżka dźwiękowa została w mojej głowie do dzisiaj. Film jest dziełem Jima Jarmuscha, który jest również współautorem ścieżki dźwiękowej. Temat jest dosyć popularny – wampiry. Ale nie takie efekciarskie lowelasy z banalną historią romantyczną w tle, albo zdeprawowane krwiopijce. Zresztą, ten film jest głównie o czasie, którego długowieczne wampiry mają pod dostatkiem, miejscami aż za dużo. Film jest spokojny, z lekko mglistą fabułą, przepięknie zdjęcia, przepiękna scenografia i przepiękna muzyka, która jest również częścią fabuły. Myślę, że to że wpadłam na seans prosto z pracy spotęgowało wrażenie spokoju z jakim toczy się akcja w filmie i być może dlatego ujął mnie tak bardzo. Młodzież siedząca obok mnie, która rozpoczęła oglądanie sweetfociami wykruszyła się po 20 minutach 😉 Polecam!

Ale skupmy się na muzyce. Lekko psychodeliczna ścieżka dźwiękowa to efekt współpracy Jima Jarmusha, jego zespołu SQÜRL i Jozefa van Wissema.
A wygląda to tak:

Jozef Van Wissem & SQÜRL – The Taste Of Blood

Na ścieżce pojawia się także genialny cover piosenki Wandy Jackson, która sprawia, że czuje się dokładnie tak, jak jest to napisane w tekście:

„Here I go,
Going down, down, down,
My mind is a blank,
My head is spinning around and around,…”

SQÜRL (featuring Madeline Follin) — Funnel Of Love

i wersja oryginalna z przepięknym wokalem Wandy Jackson z 1960r.
Wanda Jackson Funnel Of Love (1960)

Do następnego razu!

Zawsze lepiej być Batmanem.

Batman 1989 Theme by Danny Elfman

Znacie to? Prawda?
Z superbohaterami jest jak z ulubionymi zwierzętami, jedni wolą koty inni psy. Jedni wolą Batmana, inni Supermana. Pozdrawiam również gorąco fanów pająków. Sorry, ale wasz superbohater nie ma żadnych szans na czołówkę :P.

Ja lubię koty i Batmana.
A nawet więcej. Jestem Batmanem.
Z cyklu wstydliwe wyznania:

Często mi się śni, że jestem Batmanem. Nie mną przebraną za Batmana, nie mną – facetem przebranym za Batmana. Batmanem. Stoję sobie na dachu budynku w Gotham, patrzę w dół na ulicę i wiem że mam misję. Skaczę w dół, wystrzeliwuję linkę z tym śmiesznym czymś (jak jestem Batmanem, to wiem jak to się nazywa) i jadę z koksem, czyli ścigam złoczyńców i tak dalej. Misja zawsze jest inna, zawsze jest męcząca i zawsze następnego dnia czuję się tak połamana, jakbym całą noc kopała rowy, albo ganiała za złoczyńcami po Gotham.
Najciekawsze jest jednak to, że ten sen miałam już wielokrotnie, zawsze z inną misją, ale zawsze z takim samym początkiem. Budynek, dach, spojrzenie na ulicę w dole… i już wiem… i skok. Słowo daję, jak znam swoją podświadomość to któregoś razu wytnie mi taki numer, że okaże się że tym razem jestem kominiarzem i walnę z pełnym impetem w chodnik. Tak coś czuję.
Póki co, co jakiś czas ratuję Gotham City z opresji. Fajnie, nie?

Dobra. Nie jesteście tu żeby słuchać o moich skrzywionych snach.

Dzisiaj będzie o muzyce z filmów o Batmanie.
Zaczęłam od głównego tematu muzycznego z filmu Batman. w 1989r Tim Burton rozpoczął światowe szaleństwo na Batmana.
Burton zrobił coś, co uważam za kamień milowy w historiach o Batmanie. Zdjął mu majtki i rajtuzy. Burtonowski Batman nie nosił opiętych legginsów i tych okropnych majtów na wierzch, które sprawiają, że nie można traktować poważnie żadnego ubranego w ten sposób superbohatera. Przynajmniej ja nie potrafię. :/ ALE oczywiście część fanów była tym zawiedziona. Fanów spandexu i wierzchniej bielizny zapraszam na wersję z 1966r, pierwszy pełnometrażowy film w tym temacie „Batman The Movie” oraz na poprzedzający go serial. (W którym warta odnotowania jest tylko figura Kobiety Kota i Batmobil)
Uważam, że zdjęcie majtów Batmanowi stworzyło szansę na poważną, mroczną postać (hej! wiem jak to zabrzmiało). Kolejny krok uczynił Nolan w swojej trylogii, usuwając wszelkie nadnaturalne moce przeciwnikom Batmana, co pozwoliło na stworzenie bardzo poważnych filmów o superbohaterze i wyciągnięcie go ponad kino familijne.

Pierwszy burtonowski film o Batmanie miał świetną obsadę (Jack Nicholson jako Jocker i Michael Keaton – jeden z najlepszych Batmanów 🙂 ) i dosyć mroczny klimat.
Jak można się domyślić muzykę do filmu napisał Danny Elfman, nieodłączny członek teamu Burtona.
Oprócz klasycznej ścieżki dźwiękowej film promowała również płyta z piosenkami napisanymi przez Prince’a, która sprzedawała się fantastycznie. Jeśli zastanawiacie się jak to mogło brzmieć, to można śmiało powiedzieć, że jak Prince w latach 80 😉 – mocno imprezowo. Mnie to niestety nie do końca porywa.

Jako przykład:
Batdance – Prince

Batman powrócił w 1992r z Burtonem, Keatonem i muzyką Elfmana, a ponadto z Michelle Pfeiffer w roli Kobiety Kota.

Danny Elfmann spisał się tak:

Film promowała piosenka napisana przez Dannego Elfmana, a wykonana przez Siouxsie and the Banshees – Face to Face

W 1995r do kin wszedł film Batman Forever ze ścieżką dźwiękową pełną gwiazd. To był mały krok w tył, bo ten Batman był filmem bardzo familijnym, ze śmiesznymi kostiumami, mniej mroczny i wydaje mi się, że ze zmniejszoną ilością przemocy. Zmienił się reżyser, ale Tim Burton został producentem. Taka sytuacja oznacza zwykle, że film nie będzie tak spektakularny jak w reżyserii Burtona, ale skoro firmuje go swoim nazwiskiem to nie może być źle. I rzeczywiście tragedii nie było, ot lekkie kino familijne z zabawnym Jimem Carry.
Film promowała płyta składanka z piosenkami gwiazd muzyki pop.
Tylko 5 utworów z płyty pojawiło się w filmie. Reszta piosenek miała chyba być zainspirowana filmem i wychodzi na to, że napędzała sprzedaż płyty. Z drugiej strony soundtracki w latach 90 to były składanki piosenek fajnych znanych artystów. Największymi hitami z filmu były: „Kiss from a rose” w wykonaniu Seala (odpuszczamy) i „Hold Me, Thrill Me, Kiss Me” (którego teraz posłuchamy) jeden z moich ulubionych energetycznych utworów U2. Utwór powstał już w czasie sesji do albumu Zooropa (1993), ale się na niej nie pojawił.

„Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me” by U2

Na płycie pojawia się kilka ekstremalnie popowych kawałków w wykonaniu m.in. Brandy i The Develins. I te fragmenty sobie odpuścimy. Ale pojawiają się również nazwiska Nick Cave, PJ Harvey i Tori Amos, no to wiadomo, lecimy :).

„One Time Too Many” by PJ Harvey

„There Is a Light” by Nick Cave

Fajny, chociaż nie powalający cover piosenki Iggiego Popa The Passanger w wykonaniu Michaela Hutchensa (INXS)

A potem przyszedł Batman i Robin… Cóż mogę powiedzieć, były takie imprezy których lepiej nie pamiętać.

Jedyny jasny punkt filmu to piosenka w wykonaniu The Smashing Pumpkins:
Batman – The End is the Beginning is the End

Ani George Clooney, ani Arnold Swarzenegger, a tym bardziej Robin. Nie lubię Robina tak ogólnie. Film zebrał fatalne recenzje. Mnie najbardziej irytowało to, że Batman nie może ani trochę ruszać głową i że to tak bardzo widać. Słabo. Po tym nieszczęściu Warner Bros. zawiesił realizację kolejnej części. Batman powrócił dopiero w trylogii Christophera Nolana i wydaje mi się, że nie mogło być lepiej. Zgadnijcie co. Uwielbiam filmy Nolana.

Powstały poważne filmy o poważnych problemach poważnych superbohaterów i prawdziwych złoczyńcach, Mimo że główny bohater to gość przebrany za nietoperza :).

Muzycznie jest poważnie. Wystarczy wspomnieć nazwisko Zimmer i wszystko powinno być jasne.
Hans Zimmer zaprosił do współpracy Jamesa Newtona Howarda. Wyszła niezwykle ciekawa, lekko elektroniczna muzyka. Utwory do pierwszej części mają w tytułach nazwy nietoperzy.

Zacznijmy od pierwszego nietoperza.
Vespertilio – Batman Begins

Ten sam duet stworzył muzykę do kolejnej części.
I myślę, że nie wybiorę tu szczególnie oryginalnie.
The Dark Knight – Why So Serious?

W trzeciej części ” The Dark Knight Rises” na placu boju pozostał sam Hans Zimmer. Jest mrok i jest poważnie.
The Dark Knight Rises

Hans Zimmer – On thin Ice

Trylogia Nolana, to już Batman dla dorosłych, zwłaszcza dla tych którzy wychowali się na Burtonowskich częściach. I wygląda na to, że do najlepszych Batmanów należy Keaton i Bale. Przynajmniej według mnie :).

Nie znam żadnego innego superbohatera, który ewoluował w tak ciekawym kierunku. Być może to dlatego, że każdy inny superbohater dysponuje jakąś supermocą, w którą z biegiem czasu coraz trudniej nam uwierzyć. A która powoduje, że oglądając filmy wracamy do czasów biegania w pelerynie po podwórku i strzelania laserem z zza drzewa. Co nie ukrywam jest fajne.
Batman to jedyny który dorósł i spoważniał.

A jak wiadomo, żeby spoważnieć, trzeba się pozbyć krótkich majtek.

Cześć.

Filmy z listy SF/DF : 2. Tarantula 1955r

A jak mnie dziabnie pająk? To trzeba iść na tańce!

Kolejnym filmem wymienionym w opisywanej nie tak dawno piosence (Science fiction/ Double Feature ) jest Tarantula z 1955r. To horror o ogromnym pająku. I jeśli mówię ogromnym, to mam na myśli OGROMNEGO pająka. Takiego który sprawia, że ginie bydło w okolicy i który potrafi zaatakować dom… z góry. Co zadziwiające, gdy snuje się wśród pagórków i łąk jakoś nikt go nie zauważa. Pająk olbrzym to skutek (nieudanego???) doświadczenia pewnego profesora, który planował rozwiązać problem głodu na świecie.
Że brzmi słabo? Ale jaka obsada! Clint Eastwood nawet nie został wymieniony w czołówce! 😉

Także ten, dziś o pająkach.
Wiadomo, że piosenek o pająkach jest mnóstwo i w sumie moglibyśmy radośnie pośpiewać, nawet bez odkrywania specjalnych nowości. Ale dziś będziemy tańczyć. Bardzo tańczyć. I nie ma odwrotu.

Ale może najpierw dajmy się ugryźć największemu chyba pająkowemu klasykowi:

The Cure – Lullaby

Jeszcze w temacie pająków jako takich (jakby kogoś tamten kawałek nie zjadł), bo potem to już zajmiemy się wkładem pajęczaków poważną kulturę i sztukę. 🙂

Ten Years After – Spider in my web

Jak już nas ugryzło, to spokojnie możemy wziąć się za lekarstwo. A lekarstwo będzie stare i będzie z Włoch. Bo jak się okazuje, tarantula czy też inne pająki wniosły do kultury coś więcej niż okolicznościowe występy w Monster movies. Wniosły Tarantyzm. Czyli jedną z odmian manii tańca.

Mania tańca co prawda brzmi całkiem spoko, ale jest to rodzaj psychozy, która powoduje przymus tańca, na dodatek jest zaraźliwa. W średniowiecznej europie występowały epidemie tańca(!!!), kiedy tańczyło kilkaset osób, a taniec często kończył się śmiercią tancerza z wyczerpania lub przeciążenia organizmu. Jedna z udokumentowych epidemii tańca miała miejsce w 1518 roku w Strasburgu, gdzie atakowi uległo blisko 400 osób. Na wybuch epidemii tanecznych według specjalistów mogły mieć wpływ ciężkie warunki życia, rozważano też możliwość zatrucia sporyszem. Takie epidemiczne tańce mogły powodować rozładowanie stanów nerwowych i silnych stresów. Wiązały się też z pobudzeniem zachowań i gestów seksualnych, a więc rozładowywały nie tylko stres ale również napięcie seksualne. (To musiały być grube imprezy ;P ). Ponadto epidemie pokrywały się z trasami pielgrzymek i nasilały przy uroczystościach ku czci niektórych świętych.

Jednym z typów epidemicznego tańca był pochodzący z południa Włoch tarantyzm.
Tarantyzm związany jest z kultem św. Pawła, pochodzi z około X w., a był kultywowany, czy też używany aż do XXw. Polega na tańczeniu, nawet kilkudniowym, frenetycznego tańca do specjalnej muzyki. Jest to coś na kształt muzycznego egzorcyzmu, który według wierzeń ludowych miał leczyć ukąszenia pająków, a podobno też innych kąsających żyjątek.
Ogólny plan był taki, że osobę ukąszoną próbowano leczyć grając specjalnie dobierane to typu pająka lub ukąszenia utwory. Stąd powstał specjalny gatunek muzyczny – tarantella. Przy odpowiedniej muzyce ugryziony rozpoczynał taniec, najpierw od drobnych ruchów palców, następnie całych kończyn, a potem wchodził w trans i zrywał się do tańca. Uważano, że tańcząc można wypocić z organizmu toksyczny jad. Niestety, poddany takiej kuracji pacjent nie był uleczony do końca, przymus tańca mógł powracać do niego co jakiś czas. Działo się to zwykle podczas upałów, lub gdy były pacjent usłyszał tarantellę, którą akurat leczono innych.

Patronem tarantystów stał się św. Paweł, do którego modlono się o uzdrowienie. W kaplicy poświęconej temu świętemu ponoć do dziś gromadzą się ludzie, którzy odprawiają rytuał taneczny. Bardziej w ramach kultu niż kuracji medycznej.

Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić frenetycznego tańca, to polecam krótki film dokumentalny pt. La Taranta z 1962r, reż. Gianfranco Mingozzi
Niestety nie rozumiem narratora (a przynajmniej nie wszystko, sporej części można się domyślać), ale sam obraz jest dosyć niezwykły.
La Taranta (Tarantula) – 1962r, reż. Gianfranco Mingozzi

Ale obecnie tarantella, to nie tylko takie cudne tańce. Ta muzyka weszła do kanonu włoskiej muzyki ludowej, później do klasycznej i teraz dalej inspiruje twórców. Zwłaszcza, że jej rozpiętość jest bardzo duża. Od spokojnych, melancholijnych i klimatycznych utworków, do klasycznych ludowych, energicznych kawałków. Odbywają się też festiwale tarantelli, gdzie usłyszeć ją możne zagraną we wszystkich gatunkach muzycznych.
Teraz trochę posłuchamy. Aha, i jeśli jesteśmy pogryzieni albo kiedyś byliśmy, to teraz będziemy tańczyć! 😉

Najpierw ze świetnej płyty „La Tarantella: Antidotum Tarantulae” zespołu L’Arpeggiata:
Tarantella Calabrese – L’Arpeggiata

i piękna narastająca: Ah, Vita Bella! z tej samej płyty.

To jeszcze w prawie tym samym wykonaniu jedna z najpopularniejszych tarantelli.
Tarantella Napoletana

Jak już wspomniałam Tarantella na swoich ośmiu włochatych nóżkach zakradła się do muzyki klasycznej. Wiec wypada posłuchać:
Karol Szymanowski – Nokturn i tarantela na skrzypce i fortepian

 

Można sobie też posłuchać co napisał Chopin w tym temacie.
F. Chopin Tarantella op. 43

Ale powróćmy do muzyki nam bliższej 🙂

Ennio Morricone: Rabbia E Tarantella (wykorzystane w Bękartach Wojny)

To jak już dotarliśmy do Quentina Tarantino, to wróćmy na chwilę do tematów pajęczych. Z powodu nazwy będzie Tito i Tarantula.
Z filmu „Od zmierzchu doświtu”, gdzie kąsają wampiry (reż.: Robert Rodriguez, scen.: Quentin Tarantino)

Tito & Tarantula – After Dark

Piosenek o pająkach jest cała masa, bo jak wiadomo to dobry, mroczny temat. Myślę, że trzeba do niego wrócić… zaraz po dinozaurach.

I tyle w temacie pająków na dziś. Dobranoc. Karaluchy pod poduchy.
Tito & Tarantula – Angry Cockroaches

PS: Polecam też posłuchać Tarantelli z Ojca Chrzestnego!
A gdyby ktoś chciał sobie coś poczytać o tanecznych epidemiach to zapraszam tu: http://www.psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_2_2011/Prochwicz277_PP2_2011.pdf