riverside

Na szybko i bez pisania. Czy tu trzeba cokolwiek pisać? 🙂 🙂 🙂

Riverside – Celebrity Touch

To co? Posłuchamy starych kawałków najlepszego polskiego zespołu?

Riverside – Second life syndrome

Riverside – Out Of Myself

Riverside – Schizophrenic Prayer

Riverside-Hyperactive

Riverside – Goodbye Sweet Innocence

…ja tak mogę baaaaardzo dłuuuugo 🙂

PS. Na stronie zespołu jest już rozpisana trasa :).

Reklamy

i cóż, że ze Szwecji

Poprzedni weekend był wyjątkowo koncertowy. Udało mi się wygrać wejściówkę na niedzielny koncert The Flower Kings (dzięki Progressive Bolt!) i ten koncert naprawdę wypadł pomarańczowo… ech, to znaczy świetnie.

Kilka słów wstępu. Weekendowe koncerty odbyły się w ramach festiwalu Sophiscapes. Sobotnią gwiazdą wieczoru był zespół Quidam, który pewnie jeszcze kiedyś się tu pojawi, ale nie dziś, ponieważ nowa płyta jakoś niespecjalnie mnie jeszcze zachwyciła. Natomiast niewątpliwie na uwagę zasługiwała oprawa wizualna koncertu, zwłaszcza końcowa „bisowa” część, kiedy za i na muzykach pojawiały się kolorowe bąbelki. Przypominało mi to trochę filmy Antonisza i było niezwykle efektowne.
I tyle o dniu numer 1.

Co do dnia numer 2, to jakoś nie do końca byłam przekonana przed koncertem. Niby przesłuchałam trochę utworów, ale to co znalazłam w sieci było jakieś takie nieświeże. Niby łatwo wychwycić klarowny styl muzyki zespołu, w sensie – łatwo byłoby ustawić ich na półce z wśród odpowiedniego towarzystwa. Ale jakoś mnie to nie przekonywało. Możliwe, że lekko zniechęciłam się nieciągłością działania zespołu, zmianami personalnymi i pewnym chaosem wśród ich piosenek na które trafiłam w sieci (W sumie to nawet dziś miałam problem, żeby znaleźć dokładnie to co chciałam zaprezentować). Jednym zdaniem, zespół po wstępnych oględzinach nie wydawał mi się tak trwały by udźwignąć miano opoki szwedzkiego progresywnego grania :). Jakież wielkie było moje zdziwienie gdy rozpoczął się koncert, a na scenie stanął zespół, który w ciemno można by nazwać legen- wait for it -darnym, opierając ocenę na pewności siebie, opanowaniu, charyzmie, opanowaniu, profesjonalizmie, doświadczeniu, i opanowaniu zespołu. Panowie na scenie prezentowali się zawodowo, a każdy z muzyków wydawał się silnym indywidualistą.
I tak, Roine Stolt – epicentrum opanowania i dystansu, z wizerunkiem który pasowałby do bluesmena, Hasse Fröberg – ze swoim świetnym wokalem, i osobowością sceniczną zahaczającą o gwiazdę glam rocka ;), Bębniarz Felix Lehrmann – który wyglądał jakby był z zupełnie innego zespołu :), ale tylko tak wyglądał, klawiszowiec Tomas Bodin z trochę hipsterskim jak na mój gust wyglądem, i basista Jonas Reingold – chłodny wiking drugiego planu. Tak to wyglądało według mnie. Ale brzmiało BAJECZNIE. (Skład sobie przepisałam z internetu, żeby nie było, że rzucam takie rzeczy z pamięci 😉 )

Oczywiście, najbardziej zachwyciły mnie piosenki z kosmosem w tle ;).
Wybrałam 3 kawałki, może nie jakieś reprezentatywne, ale dwa pierwsze bardzo fajnie brzmiały na koncercie, dlatego tutaj też koncertówki. A trzeci to tak żeby mieć pełniejszy obraz możliwości i różnorodności jaki prezentuje zespół, zwłaszcza w części wokalnej.
No to słuchamy:

The Flower Kings – Stardust we are part part.3

The Flower Kings – Last Minute On Earth

The Flower Kings – I Am The Sun

Pa!

Nadchodzi noc komety!

Za tytuł dostanę dodatkowe punkty!

Zauważam ostatnio, że wszystko splata się i pląta wzajemnie, często skręcając się w jedną całość. Odkąd popisuję sobie bloga zaczęłam trochę bardzie przykładać się do słuchania muzyki, słuchać nowych rzeczy, a zwłaszcza odkurzać stare. Nagle okazuje się, że wszystko jest ze sobą połączone i moje poszukiwania wcale się nie wychodzą poza pewien zakres powiązań. I choćbym próbowała opisać coś nowego, zawsze znajduje powiązania z czymś co jest mi dobrze znane. Może to oznaczać, że moje horyzonty wcale nie są takie szerokie, albo Dirk Gently ma rację i również do muzyki trzeba będzie podchodzić holistycznie.

Holistyczne powiązania i cykle w muzyce cz.1 🙂

Weekend z Perseidami diabli wzięli, bo w Krakowie lało – może uda mi się coś jeszcze zobaczyć, chwila czasu jeszcze została, ale szczyt przepadł jak nic. Na dodatek księgarnia opóźnia moje zamówienie książkowe, gdyż nie może doszukać się Map Nieba. Wszystko wskazuje, że powinnam kontynuować kosmiczne i gwiezdne tematy.
Dziś żadne wielkie odkrycie, ale może dla kogoś będzie to nowość. Całkiem fajne, mocno rockowe wykonanie piosenki „Noc Komety” z repertuaru Budki Sulflera w Opolu wykonał zespół Cuba de Zoo. Niestety ten koncert mnie ominął, czego trochę żałuję, bo czasem można na takich wielkich telewizyjnych widowiskach zobaczyć coś ciekawego.
Tym razem był to najwyraźniej występ zespołu Cuba de Zoo, który tym wykonaniem wziął szturmem Listę Przebojów Programu Trzeciego.

Cuba de Zoo – Noc komety Opole 2012

Gdy usłyszałam utwór w radiu pomyślałam, że to bardzo fajnie, bo piosenka zatoczyła koło, była popularna we wczesnych latach 80tych w wykonaniu Budki Suflera, a teraz wróciła.

Mam jakąś taką lekką awersję do późnej Budki Suflera i wszystkich jej przebojów z lat dziewięćdziesiątych. Z tej chyba przyczyny, jakoś bardziej pasują mi ze starych utworów te, których nie śpiewa Krzysztof Cugowski. Gość ma świetny głos i te stare kawałki są bardzo dobre, ale może już za bardzo mi się osłuchały.
Akurat „Noc Komety” wykonywał Felicjan Andrzejczak razem z Urszulą. Zwłaszcza pan Felicjan prezentuje się w teledysku dosyć ciekawie 🙂
Budka Suflera – Noc Komety

Ale to jeszcze nie koniec. Słowa piosenki, a dokładnie – polskie słowa napisał Marek Dutkiewicz. Jest to jednocześnie autor słów do mojej ulubionej piosenki z okresu „od urodzenia do przedszkola” ;), ale o tym innym razem.

Teraz chyba najbliższy mi stylistycznie, pierwowzór muzyczny piosenki w wykonaniu niemieckiej progresywno-psychodeliczno-space-rockowej kapeli Eloy (z 1982r).
Eloy – Time to Turn

Zdecydowanie mój klimat :).

A jeszcze wracając do kół, kółeczek, kosmicznych orbit i całej tej holistycznej plątaniny. Nazwa zespołu Eloy zaczerpnięta jest z książki H.G. Wellsa „Wehikuł czasu”. O H.G. Wellsie wspominałam w drugim wpisie na blogu, przy okazji „Wojny światów” Jeffa Wayne’a