Muzyka dla lotnisk

Od jakiegoś czasu natykam się w sieci na narzekania na słuchanie playlist, zamiast pełnych albumów.
Doszliśmy do miejsca gdzie ciągłe wyrywanie piosenek z kontekstu płyty spowodowało, że ten kontekst stał się zbędny. Bardzo często nie znamy albumu z którego pochodzi piosenka, którą akurat wielbimy. Bardzo podobne narzekania słyszałam z ust Neila Younga. Wspominał o tym gdy ostatnio go widziałam ;), ale o tym następnym razem.

Wróćmy do współczesnych, popularnych form słuchania muzyki. Według mnie stało się ono bardzo konsumpcyjne. Nie ma się za bardzo co dziwić, wszystko takie się stało :).
Słuchamy muzyki tak jak jemy: niedbale, szybko i tłusto. Szukamy łatwo dostępnych hiciorów, które możemy ponucić, ustawić jako dzwonek, albo poskładać w superplayliście w modnym serwisie muzycznym. Obecne hity nawet mają swój własny odpowiednik glutaminianu sodu :). Dziś wszystko musi być ustawione na maksa, jeśli piosenka nie porywa w ciągu 10 sekund to do widzenia. Jeśli jest cicha, albo trudna to też do widzenia. A może zdarza wam się posłuchać płyty 3 razy, żeby upewnić się na sto pro czy wam się spodoba? Pan Kaczkowski w radiu czasem mówi, że słuchał kilka razy żeby sprawdzić. Dla niektórych ludzi to pewnie totalna abstrakcja.
Wiem, trochę demonizuję 🙂
Żyjemy w epoce składanek, choć byłam pewna, że czas składanek minął z z rokiem 2000. Pamiętam z podstawówki i liceum tedodawane do pseudomuzycznych gazet płyty typu letnie hity, zimowe przeboje i inne grillowe disco. O zgrozo, zamiast albumu konkretnego wykonawcy były też składanki najlepszych hitów radiowych lata, jesieni, zimy itd. A jednak nadal mamy ciągoty do składanek – teraz ambitnie nazywamy je playlistami. Uwielbiamy playlisty i tematyczne radyjka internetowe :).

Pytanie brzmi: Czy to aby na pewno źle?

Pomyślałam, że używamy muzyki w nowych celach, w nowych sytuacjach. Dostęp do niej jest na tyle łatwy, że możemy słuchać muzyki wszędzie i jakiej chcemy.
Ale nie. Używamy jej częściej, bo jest to proste. Używamy jej w nowych sytuacjach, bo się tak da. Ale cel jest taki sam jak zawsze: zabić niezgrabną ciszę, uprzyjemnić pracę czy monotonne zajęcia.
Ludzie od wieków śpiewali przy robocie, przy pracy w polu, tłukąc kamiory w więziennym kamieniołomie czy usypiając dzieci.
Muzyka wpływa na nas, na pracę naszego organizmu i na nasze samopoczucie. Coś musi dziać się w tle. Znam ludzi którzy włączają radio, gdy tylko przychodzą do pracy, choć wcale tego radia nie słuchają, ale sprawia to, że pracuje im się lepiej. Podobno fajnie jest jechać na motorze po górskich serpentynach słuchając King Crimson. I miło jest usypiać słuchając kołysanki. I nie ma filmu bez ścieżki dźwiękowej, nawet nieme filmy ją miały!
Gdy skupiamy się na słuchaniu muzyki, traktujemy ją jak film, jak przedstawienie, jak książkę. Ale dużo łatwiej jest nam traktować muzykę jak obraz wiszący na ścianie. Wiemy, że jest. Wiemy, że dzięki niej jest ładniej. Nie zwracamy jednak na nią całej naszej uwagi.
Mamy duży apetyt na muzykę poniekąd funkcyjną. Piszę poniekąd, bo muzyka funkcyjna to jest bardzo konkretny typ, ale o tym za chwilę.
Są playlisty do biegania, dostosowane do stylu biegacza tak ściśle, że nie każda będzie dla ciebie dobra. Jest muzyka do jazdy samochodem. Jest muzyka dla zakochanych, są składanki łóżkowe. Sami przygotowujemy sobie składanki. Też takie mam. Playlisty z mocno określonym rytmem do biegania, energetyczną playlistę do poratowania się w ponure dni w pracy, kiedy to nic a nic się nie chce. Mam przewidywalne playlisty z dobrze znanymi mi średniakami, świetne do kreatywnej pracy, mocną trashowo-death metalową składankę do edycji zdjęć. Mam też playlistę z muzyką odpowiednią na proszoną, spokojną kolację z lampką wina, oraz składankę muzyki world i folk która robi klimat na odwiedziny gości w letnie, sobotnie popołudnie.
To wszystko muzyka której nie słucham. To wszystko muzyka którą słyszę, ale która mnie nie zajmuje. To jest muzyczna tapeta :), nie zwracasz na nią uwagi, ale robi klimat.
Może po prostu potrzebuję muzyki funkcyjnej?

Istnieje coś co nazywa się Muzak. Według artystów i kompozytorów, jest to produkt muzykopodobny.
Muzak to muzyczne tło, mało emocjonalna, stonowana muzyka, której zadaniem jest wpłynąć na nasze emocje i nasz nastrój, a nawet na nasz stan fizyczny w taki sposób aby skłonić nas do pewnych zachowań. Na przykład do zakupów, wydajniejszej pracy, lub opanowania emocji. To muzyka, której masz nie zauważać, taki wypełniacz.
Nazwa Muzak pochodzi od nazwy firmy Muzak Holdings LLC, która w latach 70-80 ubiegłego stulecia zaopatrywała w „muzykę tła” amerykańskie banki, centra handlowe i zakłady pracy.

Ale historia muzyki funkcyjnej jest dużo starsza. Jej prekursorem był Erik Satie.
Jego pomysł był prosty. „Muzyka-krzesło”. Czyli utwory które mogłyby być tłem dla życia, dodatkowym meblem w pokoju, który sprawia, że wszystko wygląda lepiej, a dokładnie, że odbiorca czuje się lepiej.

Rzućmy uchem:
Erik Satie: Musique d’ameublement

I chyba jeden z najbardziej znanych.
Utwór uznawany za zapowiedź ambientu:
Erik Satie – Gymnopédie No.1 (ok. 1888r)

Z inspiracji muzyką tła powstał też zupełnie inny niż miłe dla ucha melodyjki muzaka. Powstał Ambient. Powstał z wypadku Briana Eno.
Za wikipedią: „W styczniu 1975 roku miałem wypadek samochodowy. Nie byłem ciężko ranny, ale musiałem leżeć w łóżku na wznak i byłem unieruchomiony. Moja przyjaciółka, Judy Nylon, odwiedziła mnie wtedy i przyniosła płytę z XVIII-wieczną muzyką na harfę. Kiedy już wyszła, z wielkim trudem nastawiłem płytę i położyłem się z powrotem. Okazało się, że wzmacniacz nastawiony był na minimalną głośność i jeden kanał był kompletnie głuchy. Ponieważ nie miałem siły, by się podnieść i wyregulować głośność, dźwięki dochodzące z głośnika były na granicy słyszalności. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż można słuchać muzyki w zupełnie inny sposób: traktować ją jako element otoczenia, w ten sam sposób, co kolor światła i dźwięk deszczu.”
O Brianie Eno wspominałam już przy okazji genialnego albumu Low Davida Bowie, którego Eno był producentem.

A dziś chciałam z wami posłuchać Muzyki dla Lotnisk.
Bo ta płyta trochę uratowała mnie podczas podróży samolotem i skłoniła do zastanowienia się po co i jak słuchamy teraz muzyki. A ponieważ leciałam do stanów to miałam chwilę czasu na myślenie ;).
Nie lubię latać. Wydaje mi się to trochę absurdalne. Coś jak ten latający samochodzik w Harrym Potterze. Nie lubię poczucia zamknięcia i bezsilności jakie towarzyszą mi w samolocie.
Na szczęście na długich trasach dostępne były filmy i zbiór różnych albumów do odsłuchania. Słuchałam nowej płyty Pearl Jamu (czad!), ściezki dźwiękowej do nowego filmu braci Coen (czad 2), ale najlepsza do podróżowania okazała się płyta: Music for Airports Briana Eno. Uwielbiam te muzyczne plamy i krajobrazy. Dzięki tej płycie byłam w stanie się zrelaksować i usnąć.
I to nie jest składanka do latania samolotem, to świetny bardzo funkcyjny i niezwykle absorbujący, choć wymykający się myślom album. Jeśli ktoś boi się latać, to polecam.
Według mnie to muzyka najbliższa malarstwu. Muzyczne plamy, linie, kolorystyka. Lepiej wygląda niż brzmi.
Nie słucha się jej jak zwykłych piosenek. Choć zdarzyło mi się ją nucić, jeśli wydawanie pojedynczych dźwięków można nazwać nuceniem. Tę płytę trzeba odbierać jak obraz. Niestety nigdy nie umiałam ładnie tłumaczyć emocji jakie daje mi muzyka. I w tym momencie skapituluje. Po prostu spróbujcie sami.
Te utwory nie nadają się ani do biegania, ani do tańca, nie polecam na dzwonek, ani do żadnych składanek. Polecam po prostu posłuchać.

Brian Eno Ambient 1: Music for Airports

Reklamy

There is no turning back – no

Podobno nie ma prowrotów. Pewnie tak jest. Chociaż istnieją sytuacje, kiedy można trochę odwrócić głowę i spojrzeć wstecz, albo chociaż w lusterko. Dziś jest taka sytuacja gdy próbuje zawrócić na autostradzie choć wiadomo, że nie można. …Ale dziś mamy pętelkę.

Trochę wyjaśnienia, bo przecież na blogu w najlepsze taplam się w przeszłości, więc skąd ten durny, metaforyczny wstęp? Otóż pomysł na bloga wziął się z rozmów z moją siostrą. Co tydzień pytała mnie o „piosenkę tygodnia” i ja wynajdywałam coś i podsyłałam, zarysowując przy tym zachęcającą historyjkę.
Po kilku tygodniach takiej zabawy pomyślałam, że fajnie byłoby to gdzieś zapisywać, albo archiwizować i tak powstało to dziwaczne miejsce.
Jednym z ostatnich „utworów tygodnia” z przed bloga był utwór Roberta Planta „Big Log”. Gdy założyłam bloga, zastanawiałam się czy wrzucić to co polecałam siostrze wcześniej, ale doszłam do wniosku, że skoro to ma być kontynuacja to nie mogę się cofać. No bo przecież: There is no turning back, no.

Ale zdarzyła się pętelka.
Kawałek wpadł mi w tym tygodniu w ucho, pewnie leciał w radio czy coś. I znów śpiewam go jak głupia, tańcząc po pokoju. A najlepsze jest to, że tym razem mogę o nim śmiało napisać, bo moja siostra o nim zapomniała, więc śmiało mogę znów przypominać :D. How cool is that?!

Ten wielki hicior Roberta Planta jest z płyty „The Principle of Moments” i właśnie stuknęła mu trzydziestka. Zupełnie tak jak mi.

żeby nie było tak pusto, to jeszcze kolejny solowy hit pana Planta.
Ma tu dużo lepszą fryzurę, a piosenka jest świetna do tańca :). 29 Palms to miejscowość na pustyni w stanie Kalifornia, a ta pani o której śpiewa pan Robert to ponoć Alannah Myles.

29 Palms z płyty Fate of Nations z 1993r. W tym roku stuknęła jej dwudziestka. Zupełnie jak mojej siostrze.

Żeby nie było tak kolorowo to na deser coś czarnego – hit pani Alannah Myles z 1989/1990, który zapewne uwodził przez radio nie tylko Roberta Planta ;).

Alannah Myles – Black Velvet (to chyba wersja amerykańska z 1990r., bo na youtube można odnaleźć wersję wcześniejszą z łagodniejszym wokalem) uwielbiam głos tej pani :).

Tyle na dziś. Cześć.

2 lata 20 godzin 20 minut

Depeche Mode – Black Celebration

O mamo! 2 lata. To niby żaden wyczyn, no bo to nie jest sztuka założyć bloga, poczekać 2 lata, a potem obchodzić urodziny. Ale mnie się udało pisać PRAWIE regularnie.

Tak jak obiecałam, troszkę statystyk dotyczących tego co tu wyprawiam. Tak, zrobiłam całą matmę, mam nawet arkusz z wykresami (Ha!) i jestem z tego dumna ;).

W ciągu 2 lat napisałam 100 postów. Oznacza to, że jestem 4 posty w plecy.
Zagraliśmy 278 utworów. Sporo. A doliczając wszystkie zajawki filmowe z muzyką w tle, wyszło mi, że słuchaliśmy wspólnie muzyki przez 20 godzin i 20 minut. Ładnie tu czasu zmarnowaliśmy.

Najlepiej idzie mi pisanie i słuchanie w Marcu i przez całe lato. Tragedie zdarzają się jesienią i wtedy pojawia się tu najmniej wpisów. Mobilizuje mnie Grudzień.

Ciekawie wypadają frazy z google, które przyprowadziły internautów na bloga.
Okazuje się, że znalazłam swoją niszę: „niepokojące i smutne piosenki” to w sumie prawie 60 wejść, dużo osób szukało u mnie „teledysku z niedźwiedziem” (pozdrawiamy bjork) i informacji o zespole „hanimal”, oraz co jest nieco zaskakujące „przyśpiewek śpiewanych przy wykopkach” (kiedyś zrobię taki wpis, jak bum cyk cyk) ;).

Mimo sporego stażu, blog nadal pozostaje niszowy i hipsterski :), co w gruncie rzeczy mnie cieszy.

Najwięcej słuchaliśmy (licząc tylko wykonania, a nie autorstwo): Nicka Cave’a (10), Davida Bowiego (7), Led Zeppelin (8) i chyba The Rolling Stones (8).

Najbardziej zaskoczyła mnie nieustanna obecność na blogu Davida Bowiego, którego cenię, ale nie słucham jakoś wyjątkowo często. Dziwne :). Wygląda na to, że zapożyczenie pseudonimu od tego pana, powoduje nieustający wpływ jego muzyki na moje playlisty :). Na blogu nie pojawia się natomiast liczna grupa artystów, których piosenek słucham bardzo bardzo często. To akurat postaram się nadrobić.

Cały czas zastanawiam się nad tym w jaka forma prezentacji piosenek jest najciekawsza. Nie jest tajemnicą, że kręcą mnie covery, których na blogu jest całe mnóstwo (ponad 50). Najbardziej chyba lubię opisywać zapomniane pierwowzory znanych piosenek. Ciekawe wydają mi się również historie związane z piosenkami, jak te we wpisach o „Huddiem Ledbetterze”, „n+10” czy „Słodko-gorzkiej historii”. Ostatnio zaczynam mieć więcej pomysłów na zbiory piosenek związane z jakimś konkretnym motywem/tematem – coś jak w „Alice”.

Gdyby ktoś miał jakieś sugestie w tym temacie, to proszę śmiało :), pewnie się nie posłucham, ale warto próbować. 😉

A teraz płacze i narzekania:

Największym problemem bloga w tym nieco spuchniętym stanie jest niestety aktualizacja linków, wypadałoby to robić w miarę często, ale nie znalazłam jeszcze na to dobrej metody. Druga rzecz która mnie trochę denerwuje, to zmiany wordpressa i ich nieskończony scroll. Niestety moja przeglądarka tego nie wytrzymuje i po wczytaniu 10 z kolei video na stronie głównej daje za wygraną. Mam nadzieję, że czytacze/słuchacze nie mają takiego problemu. Polecam poruszać się linkami z Archiwum. Dobra dosyć płaczów.

Na koniec chciałam napisać dwie rzeczy:
1. że jestem z siebie dumna, bo nie liczyłam, że tak długo tu wytrzymam. (Biorąc pod uwagę, że podobno za tydzień ma się skończyć świat, to nie zostało mi tu dużo pracy :). Dam radę ;). )

2. że gdyby z końcem świata nie wyszło, to na początek kolejnego roku, Riverside zapowiada płytę.

Jeeeee!!! Uwielbiam prezenty. 🙂

Celebration Day

Oto mamy setny post. Hura.

Z tej okazji Led Zeppelin wydał DVD. Kto by pomyślał?! Dzięki chłopaki!

Led Zeppelin – Celebration Day

Chłopaki nadal świetnie się prezentują. 🙂
Led Zeppelin – Kashmir

Polecam też posłuchać konferencji prasowej :).

Następny post będzie z okazji urodzin bloga. Grubo ;).

Postaram się z tej okazji przygotować jakieś fajne statystyki ;). Okaże się ile czasu straciliście na słuchanie ze mną muzyki :).
Dowiemy się również, jakiego wykonawcy słuchamy tu najczęściej i dlaczego jest to Dawid Bowie.