Wyobraź sobie, że zawsze masz czas

Czas… czas ciągle ściga nas.

Ten rok mija mi pod znakiem braku czasu. Stale mam go za mało, co widać zwłaszcza tutaj.Zresztą, chyba wszędzie liczy się dziś tempo. Musi być szybko i duuużo, duuużo wszystkiego.

Zauważyliście, że większość filmów trwa dziś po dwie godziny, a akcja w nich nie zwalnia ani na sekundę? A piosenki mają po 3 minuty i cały czas są głośne i zabawne i wypełnione wszystkim co tylko się zmieściło. Takie utwory królują w mainstreamowym radiu, którego ostatnio zdarzyło mi się słuchać.
U mnie ostatni rok to ciągły kołowrotek i brak czasu – to już pisałam. Przeczytałam za mało książek, obejrzałam za mało filmów, słuchałam za mało dobrej muzyki, za mało pisałam. Nie miałam czasu. Co ciekawe przy takiej gonitwie najwięcej wrażenia robią na mnie spokojne płyty. A w poprzednim roku nie tylko płyty, ale i filmy.

Uwielbiam płyty na których nikt nie liczy się z czasem. Ostatnio zachwyciła mnie BOKKA ze swoimi „filmowymi” utworami, coś jak soundtrack do życia.
Ale to jeszcze nie to.
Dobra muzyka nie licząca się z czasem sprawia, że również ty nie liczysz się z czasem i zapadasz się. I wydaje ci się, że masz czas. I nie możesz się skupić na niczym innym (w gruncie rzeczy to eliminuje cały ambient z tej kategorii). Do tej pory tak działał na mnie m.in. „No surpries” Radiohead

Radiohead – No Surprises

W tym roku pojawiła się nowa-stara płyta Pink Floyd, która mimo spokojnego, poetyckiego niemal wydźwięku, podzieliła fanów na miliard części i stała się przyczynkiem do wojen religijnych na forach i grupach fb. Jest to oczywiście dosyć zabawne. Bawi mnie zwłaszcza stanowisko, że płyta byłaby ok, ale jako dodatek do wznowionego wydania „The Division Bell”. 😀 Trochę jak strona „B” twórczości.
Mnie się podoba. Jest w tej muzyce przestrzeń, którą tak uwielbiam u Pink Floydów, ale bez wokali ta przestrzeń jest dużo większa niż zwykle. W każdym razie dla mnie ta płyta to nie jest ambient, to właśnie muzyka która ma czas, bardzo relaksująca i bardzo wciągająca. Nie bardzo da się jej słuchać w pracy, bo przykuwa uwagę i daje mylne złudzenie, że ma się duuużo, duuużo czasu… na wszystko.

Pink Floyd The Endless River:

The Endless River | 02 – It’s What We Do – Pink Floyd

The Endless River | 07 – Anisina – Pink Floyd

The Endless River | 14 – Talkin’ Hawkin’ – Pink Floyd

The Endless River | 18 – Louder Than Words – Pink Floyd

Ok, to na koniec najlepsze combo minionego roku, czyli film + ścieżka dźwiękowa.
Film obejrzałam w letniej promocji kina ARS za chyba 6zł w środku tygodnia, a więc goniąc do kina prosto z pracy z zamieszaniem w głowie i niedokończonymi sprawami.
Tytuł filmu o którym mowa to „Tylko kochankowie przeżyją” i jest to zdecydowanie najlepszy film jaki oglądałam w tym roku. A lekko psychodeliczna ścieżka dźwiękowa została w mojej głowie do dzisiaj. Film jest dziełem Jima Jarmuscha, który jest również współautorem ścieżki dźwiękowej. Temat jest dosyć popularny – wampiry. Ale nie takie efekciarskie lowelasy z banalną historią romantyczną w tle, albo zdeprawowane krwiopijce. Zresztą, ten film jest głównie o czasie, którego długowieczne wampiry mają pod dostatkiem, miejscami aż za dużo. Film jest spokojny, z lekko mglistą fabułą, przepięknie zdjęcia, przepiękna scenografia i przepiękna muzyka, która jest również częścią fabuły. Myślę, że to że wpadłam na seans prosto z pracy spotęgowało wrażenie spokoju z jakim toczy się akcja w filmie i być może dlatego ujął mnie tak bardzo. Młodzież siedząca obok mnie, która rozpoczęła oglądanie sweetfociami wykruszyła się po 20 minutach 😉 Polecam!

Ale skupmy się na muzyce. Lekko psychodeliczna ścieżka dźwiękowa to efekt współpracy Jima Jarmusha, jego zespołu SQÜRL i Jozefa van Wissema.
A wygląda to tak:

Jozef Van Wissem & SQÜRL – The Taste Of Blood

Na ścieżce pojawia się także genialny cover piosenki Wandy Jackson, która sprawia, że czuje się dokładnie tak, jak jest to napisane w tekście:

„Here I go,
Going down, down, down,
My mind is a blank,
My head is spinning around and around,…”

SQÜRL (featuring Madeline Follin) — Funnel Of Love

i wersja oryginalna z przepięknym wokalem Wandy Jackson z 1960r.
Wanda Jackson Funnel Of Love (1960)

Do następnego razu!

Czy wierzyć bogom?

Miałam tego tematu nie poruszać, bo podobno się TYCH rzeczy nie rusza, jeśli nie śmierdzą. ALE trafiłam na artykuł o tym, że będzie proces, i teraz już możemy się wesoło taplać w tym błotku.

Z tego co zauważyłam, muzyka rockowa i popularna dużo czerpała z muzyki folkowej, tradycyjnej muzyki bluesowej i kościelnej (gospel). Problemem tych piosenek były prawa autorskie. Pisałam już o tym w Słodko-Gorzkiej historii oraz przy okazji piosenek Leadbelly’ego. Niezwykle popularne było też nagrywanie własnych wersji utworów innych autorów, niekiedy coverów 2-3 letnich piosenek, jak w przypadku pierwszych singli The Rolling Stones.

W przypadku Led Zeppelin inspiracji i zaczerpnięć z piosenek tradycyjnych, ludowych i starych utworów bluesowych jest mnóstwo i pewnie wpisy o tym jeszcze się tu pokażą.
Ale dziś, takie piosenki, które skończyły się spawami sądowymi.
Być może Led Zeppelin mają luźne podejście do praw autorskich. Jak mówiła kiedyś Tori Amos, dostała błogosławieństwo Led Zeppelinów co do ściągania z ich twórczości.

To najpierw najświeższy pozew dotyczący niby tylko riffu, ale bardzo ważnego riffu. Szczegóły można doczytać w artykule w RS. A w skrócie: Piosenka została nagrana w listopadzie 1967r przez Randy’ego Californię. Riff z piosenki został pożyczony przez Jimmy Page’a do Schodów do nieba. Nie bardzo można mówić o przypadku, bo Led Zeppelin supportowali Spirit na swojej pierwszej amerykańskiej trasie. I podczas tej trasy grany był Taurus.

Spirit – Taurus

Trochę inna jest sprawa z Babe I’m gonna leave you. Piosenka napisana została przez Anne Brendon w latach 50-tych. Piosenkę wykonywała Jean Baez i od niej przeszła do repertuaru Led Zeppelin. Podobno gdzieś ktoś uznał, że to melodia tradycyjna, ale pani Anne wytoczyła proces i teraz pojawia się jako współautor. Nie znalazłam wersji Jean Baez, ale będzie smutna wersja Barbary Muller.

Babe I’m Gonna Leave You, Barbara Muller, Double Premier 1964

A teraz najsmutniejsza historia – utwór piosenkarza folkowego Jake’a Holmesa z jego debiutanckiej płyty „The Above Ground Sound of Jake Holmes”, wydanej w czerwcu 1967. w sierpniu 1967r, Holmes supportował The Yardbirds na koncercie w Nowym Yorku. Tam właśnie, jak powiedział Holmes, utwór wpadł w kochające ramiona i dłonie Jimmiego Page’a. Piosenka była grana na koncertach przez zespół Yardbirds, a następnie przez nowy zespół Page’a Led Zeppelin. Ukazała się na płycie Led Zeppelin (I) – 1969 i jako autor figuruje Page.

Holmes zgłosił sprawę w sądzie dopiero w 2010r, w 2012r sąd odrzucił pozew.
Wcześniej w latach osiemdziesiątych napisał do Page’a list w sprawie praw autorskich do piosenki. Jednak nie doczekał się odpowiedzi.

Jake Holmes – Dazed and Confused

Black Waterside to tradycyjna piosenka ludowa pochodząca z Irlandii. W latach 60tych zyskała popularność dzięki modzie na wykonawców folkowych. W 1965 r Anne Briggs pokazała utwór Bertowi Janschowi. Na koncerty Janscha chodził Al Stewart, któremu przy nagrywaniu pierwszej płyty jako muzyk sesyjny towarzyszył Jimmi Page. Al nauczył go w przerwie w pracy nad płytą piosenki Black Waterside w wersji Janscha. Black Mountain Side jako piosenka akustyczna pojawiła się na debiutanckiej płycie Led Zeppelin. Ponieważ piosenka była melodią tradycyjną, Janschowi nie udało się udowodnić plagiatu.

Bert Jansch – Black Waterside

Żeby zobaczyć wkład Janscha w brzmienie utworu, warto posłuchać wersji Anne Briggs, chyba bliższej oryginalnym, tradycyjnym wykonaniom.

Anne Briggs – Blackwaterside

I co teraz? Okazuje się, że bogowie mogą prawie wszystko :).
I że kraść to trzeba umieć.
Dobrym podsumowaniem będzie tu cytat z Pablo Picasso Banksy’ego

banksy_ahisgett

Jeśli ktoś zawiera pakt z diabłem (o co zwykło się podejrzewać pana Page’a), to chyba nie oczekuje od niego legalnego stuffu? A biorąc pod uwagę styl życia gwiazd rocka, zakładam, że nie pamiętają połowy lat siedemdziesiątych, a co dopiero to, skąd znają melodyjki ;).
A tak serio. Można mieć żal do chłopaków z Led Zeppelin, o słabe zagrania w kwestii praw autorskich. Ale chyba nikt nie chciałby, żeby muzykę popularną ominęły ich wersje tych utworów.

Za każdym razem, gdy włączam piosenkę Led Zeppelin to sobie myślę „Cholera, ależ to jest świetnie zrobione”, choć może powinnam pomyśleć „O NIE! Ależ to jest plagiat! Nie będę tego słuchać! Kasuję konto!!!”

Zróbmy test. Posłuchajcie i dajcie znać co pomyśleliście.

Stairway to heaven
https://youtu.be/oW_7XBrDBAA”

Babe I’m gonna leave you

Dazed and Confused

Black Mountain Side

Mordowanie kociąt

Dziś nie będzie nic ambitnego… za ciepło.
Na początek taka scenka z życia.

Właścicielowi zwiał piesek i ukrył się w jakimś kącie pod ławką. Trudno było go wyciągnąć siłą. To bardzo zirytowało pana właściciela, który najwyraźniej chciał już wracać z psem do domu. Ów pan postanowił zachęcić zwierzaka do wyjścia dobrym słowem. Noooo… prawie dobrym. Tak dokładnie… to dobrze brzmiącym słowem. To było coś w stylu „No choć tu ty s…, z… cię jak wyjdziesz ty ch… j… ” ALE. Powiedział to wszystko głosem tak słodkim, jakby prawił psiakowi najpiękniejsze zachęty do zabawy. I piesek dał się nabrać. Zamerdał ogonkiem i wesoło wybiegł spod ławki.

A czy my czasem nie dajemy się nabrać?
Postanowiłam poszukać piosenek, które robią z nas trochę takiego szczeniaka.
Nie znaliśmy przez tyle lat angielskiego, że być może nie zwracamy uwagi na słowa i w związku z tym mamy nabytą zlewkę na tekst.
Być może jest to błogosławieństwo. Bo choćby śpiewali o mordowaniu kociąt, to będziemy nucić i kiwać główką.

Na początek radosna, lekka piosenka w niewątpliwie letnim stylu. Wydaje się być o szczęściu, kwiatkach i słoneczku.
Tymczasem podmiot liryczny próbuje zniechęcić jakiegoś pana do ożenku i spokojnego życia. Podsumowując to mocnym przekazem: „Don’t marry her fuck me”

The Beautiful South – Dont Marry Her

Kolejna piosenka, która już długo chodzi mi po głowie to wpadający w ucho kawałek OMD – Enola Gay.
Sprawia wrażenie lekkiej i wesołej piosenki disco (tak, wiem że synthpop) zapewne o miłości niespełnionej. Nie do końca. Jej tekst ma antywojenne przesłanie. Enola Gay to nieoficjalna nazwa bombowca Boeing B-29 Superfortress, który w dniu 6 sierpnia 1945 roku zrzucił bombę atomową Little Boy na Hiroszimę.

Orchestral Manoeuvres in the Dark – Enola Gay

Kolejny jest utwór Le Moribond, wykonywany przez Jacques Brela

Jacques Brel – „Le Moribond”

Bohater piosenki ogłasza, że umiera, i jednocześnie w dosyć satyryczny sposób żegna wszystkich biorących udział w miłosnym zamieszaniu m.in. niewierną żonę i jej kochanka.
Tych pikantnych miłosnych koligacji pozbył się Terry Jacks w swojej angielskojęzycznej wersji.
Jego wykonanie jest radosne i wakacyjne, ale tekst jest poważnym pożegnaniem z bliskimi osobami. Bohater wspomina swoje życie i trochę mu ciężko umierać, gdy wokół kwitnie wiosna.

Terry Jacks – Seasons In The Sun

I tu dochodzimy do ciekawej części. Okazuje się, że autorzy polskich wersji zagranicznych hitów też nas trochę kłamali! A może sami dali się nabrać?

Najpierw radosna pieśń o tym, że nigdy nie pada w południowej Kalifornii.

Albert Hammond – It Never Rains In Southern California

Ta piosenka z radosną melodyjką opowiada historię człowieka który skuszony magią kariery w Kalifornii wsiadł do samolotu i poleciał szukać szczęścia. Niestety nie znalazł. Ot Broken Dreams. Tytuł jest zwodniczy, w kolejnych wersach dowiadujemy się, że w Kalifornii nie pada, tylko leje.

Trafiłam na polską wersję tej piosenki z 1975 roku.
Wydaje mi się, że polski tekst zatrzymał się na przesłaniu pierwszej zwrotki. Jest o tym, że w życiu trzeba szukać szczęścia i o nadziei, że gdzieś tam jest cudowna kraina. Choć autorzy dają znać, że dotrzeć do tego raju raczej nie można, a banany spadające z nieba zamiast rzeczonego deszczu wydają się dosyć podejrzane, to ogólnie przekaz jest bardziej radosny niż historia życia bohatera obcojęzycznego tekstu.

Nigdy deszcz nie pada ponoć w Kalifornii.

Podobnie rzecz się ma z polską „Dilajlą”. Tom Jones w cokolwiek podejrzanie radosny sposób śpiewa o tym jak to przyłapał swoją miłość na zdradzie, następnie pozbawił ją życia przy użyciu noża, a teraz czekając na przyjazd stróżów prawa prosi nieboszczkę o wybaczenie… tańcząc przy tym flamenco… w różowej koszuli. Mogłabym przysiąc, że widziałam wersję gdy miał koszulę z żabotem i tańczył bardziej niż na video poniżej.

Tom Jones-Delilah (Live)

Znalazłam dwie polskie wersje tej piosenki. W żadnej nie ma nic o mordowaniu, ale jest dużo o miłości odpowiednio niespełnionej i utraconej.
Ponieważ uważam, że polskie wersje są dużo słabsze, zwłaszcza tekstowo, to ograniczymy się do wersji Andrzeja Cierniewskiego w której występuje Andżelika, pudel, przystojny blond stalker i londyńska mgła. Ta wersja wyciąga z melodii jej cały biesiadny potencjał. Bujamy się i wszyscy: „Widzę Cię Dilajla!!!”

DELILAH. – Andrzej Cierniewski (z góry przepraszam za to video).

I co? Daliście się kiedyś tak nabrać?
Jeśli nie, to na koniec mam dla was wpadającą w ucho piosenkę o mordowaniu kociąt. Znalazłam ją tylko dlatego, że chciałam sprawdzić czy moja teza z początku posta może być prawdziwa.

Stephen Lynch – Kill A Kitten

Muzyka dla lotnisk

Od jakiegoś czasu natykam się w sieci na narzekania na słuchanie playlist, zamiast pełnych albumów.
Doszliśmy do miejsca gdzie ciągłe wyrywanie piosenek z kontekstu płyty spowodowało, że ten kontekst stał się zbędny. Bardzo często nie znamy albumu z którego pochodzi piosenka, którą akurat wielbimy. Bardzo podobne narzekania słyszałam z ust Neila Younga. Wspominał o tym gdy ostatnio go widziałam ;), ale o tym następnym razem.

Wróćmy do współczesnych, popularnych form słuchania muzyki. Według mnie stało się ono bardzo konsumpcyjne. Nie ma się za bardzo co dziwić, wszystko takie się stało :).
Słuchamy muzyki tak jak jemy: niedbale, szybko i tłusto. Szukamy łatwo dostępnych hiciorów, które możemy ponucić, ustawić jako dzwonek, albo poskładać w superplayliście w modnym serwisie muzycznym. Obecne hity nawet mają swój własny odpowiednik glutaminianu sodu :). Dziś wszystko musi być ustawione na maksa, jeśli piosenka nie porywa w ciągu 10 sekund to do widzenia. Jeśli jest cicha, albo trudna to też do widzenia. A może zdarza wam się posłuchać płyty 3 razy, żeby upewnić się na sto pro czy wam się spodoba? Pan Kaczkowski w radiu czasem mówi, że słuchał kilka razy żeby sprawdzić. Dla niektórych ludzi to pewnie totalna abstrakcja.
Wiem, trochę demonizuję 🙂
Żyjemy w epoce składanek, choć byłam pewna, że czas składanek minął z z rokiem 2000. Pamiętam z podstawówki i liceum tedodawane do pseudomuzycznych gazet płyty typu letnie hity, zimowe przeboje i inne grillowe disco. O zgrozo, zamiast albumu konkretnego wykonawcy były też składanki najlepszych hitów radiowych lata, jesieni, zimy itd. A jednak nadal mamy ciągoty do składanek – teraz ambitnie nazywamy je playlistami. Uwielbiamy playlisty i tematyczne radyjka internetowe :).

Pytanie brzmi: Czy to aby na pewno źle?

Pomyślałam, że używamy muzyki w nowych celach, w nowych sytuacjach. Dostęp do niej jest na tyle łatwy, że możemy słuchać muzyki wszędzie i jakiej chcemy.
Ale nie. Używamy jej częściej, bo jest to proste. Używamy jej w nowych sytuacjach, bo się tak da. Ale cel jest taki sam jak zawsze: zabić niezgrabną ciszę, uprzyjemnić pracę czy monotonne zajęcia.
Ludzie od wieków śpiewali przy robocie, przy pracy w polu, tłukąc kamiory w więziennym kamieniołomie czy usypiając dzieci.
Muzyka wpływa na nas, na pracę naszego organizmu i na nasze samopoczucie. Coś musi dziać się w tle. Znam ludzi którzy włączają radio, gdy tylko przychodzą do pracy, choć wcale tego radia nie słuchają, ale sprawia to, że pracuje im się lepiej. Podobno fajnie jest jechać na motorze po górskich serpentynach słuchając King Crimson. I miło jest usypiać słuchając kołysanki. I nie ma filmu bez ścieżki dźwiękowej, nawet nieme filmy ją miały!
Gdy skupiamy się na słuchaniu muzyki, traktujemy ją jak film, jak przedstawienie, jak książkę. Ale dużo łatwiej jest nam traktować muzykę jak obraz wiszący na ścianie. Wiemy, że jest. Wiemy, że dzięki niej jest ładniej. Nie zwracamy jednak na nią całej naszej uwagi.
Mamy duży apetyt na muzykę poniekąd funkcyjną. Piszę poniekąd, bo muzyka funkcyjna to jest bardzo konkretny typ, ale o tym za chwilę.
Są playlisty do biegania, dostosowane do stylu biegacza tak ściśle, że nie każda będzie dla ciebie dobra. Jest muzyka do jazdy samochodem. Jest muzyka dla zakochanych, są składanki łóżkowe. Sami przygotowujemy sobie składanki. Też takie mam. Playlisty z mocno określonym rytmem do biegania, energetyczną playlistę do poratowania się w ponure dni w pracy, kiedy to nic a nic się nie chce. Mam przewidywalne playlisty z dobrze znanymi mi średniakami, świetne do kreatywnej pracy, mocną trashowo-death metalową składankę do edycji zdjęć. Mam też playlistę z muzyką odpowiednią na proszoną, spokojną kolację z lampką wina, oraz składankę muzyki world i folk która robi klimat na odwiedziny gości w letnie, sobotnie popołudnie.
To wszystko muzyka której nie słucham. To wszystko muzyka którą słyszę, ale która mnie nie zajmuje. To jest muzyczna tapeta :), nie zwracasz na nią uwagi, ale robi klimat.
Może po prostu potrzebuję muzyki funkcyjnej?

Istnieje coś co nazywa się Muzak. Według artystów i kompozytorów, jest to produkt muzykopodobny.
Muzak to muzyczne tło, mało emocjonalna, stonowana muzyka, której zadaniem jest wpłynąć na nasze emocje i nasz nastrój, a nawet na nasz stan fizyczny w taki sposób aby skłonić nas do pewnych zachowań. Na przykład do zakupów, wydajniejszej pracy, lub opanowania emocji. To muzyka, której masz nie zauważać, taki wypełniacz.
Nazwa Muzak pochodzi od nazwy firmy Muzak Holdings LLC, która w latach 70-80 ubiegłego stulecia zaopatrywała w „muzykę tła” amerykańskie banki, centra handlowe i zakłady pracy.

Ale historia muzyki funkcyjnej jest dużo starsza. Jej prekursorem był Erik Satie.
Jego pomysł był prosty. „Muzyka-krzesło”. Czyli utwory które mogłyby być tłem dla życia, dodatkowym meblem w pokoju, który sprawia, że wszystko wygląda lepiej, a dokładnie, że odbiorca czuje się lepiej.

Rzućmy uchem:
Erik Satie: Musique d’ameublement

I chyba jeden z najbardziej znanych.
Utwór uznawany za zapowiedź ambientu:
Erik Satie – Gymnopédie No.1 (ok. 1888r)

Z inspiracji muzyką tła powstał też zupełnie inny niż miłe dla ucha melodyjki muzaka. Powstał Ambient. Powstał z wypadku Briana Eno.
Za wikipedią: „W styczniu 1975 roku miałem wypadek samochodowy. Nie byłem ciężko ranny, ale musiałem leżeć w łóżku na wznak i byłem unieruchomiony. Moja przyjaciółka, Judy Nylon, odwiedziła mnie wtedy i przyniosła płytę z XVIII-wieczną muzyką na harfę. Kiedy już wyszła, z wielkim trudem nastawiłem płytę i położyłem się z powrotem. Okazało się, że wzmacniacz nastawiony był na minimalną głośność i jeden kanał był kompletnie głuchy. Ponieważ nie miałem siły, by się podnieść i wyregulować głośność, dźwięki dochodzące z głośnika były na granicy słyszalności. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż można słuchać muzyki w zupełnie inny sposób: traktować ją jako element otoczenia, w ten sam sposób, co kolor światła i dźwięk deszczu.”
O Brianie Eno wspominałam już przy okazji genialnego albumu Low Davida Bowie, którego Eno był producentem.

A dziś chciałam z wami posłuchać Muzyki dla Lotnisk.
Bo ta płyta trochę uratowała mnie podczas podróży samolotem i skłoniła do zastanowienia się po co i jak słuchamy teraz muzyki. A ponieważ leciałam do stanów to miałam chwilę czasu na myślenie ;).
Nie lubię latać. Wydaje mi się to trochę absurdalne. Coś jak ten latający samochodzik w Harrym Potterze. Nie lubię poczucia zamknięcia i bezsilności jakie towarzyszą mi w samolocie.
Na szczęście na długich trasach dostępne były filmy i zbiór różnych albumów do odsłuchania. Słuchałam nowej płyty Pearl Jamu (czad!), ściezki dźwiękowej do nowego filmu braci Coen (czad 2), ale najlepsza do podróżowania okazała się płyta: Music for Airports Briana Eno. Uwielbiam te muzyczne plamy i krajobrazy. Dzięki tej płycie byłam w stanie się zrelaksować i usnąć.
I to nie jest składanka do latania samolotem, to świetny bardzo funkcyjny i niezwykle absorbujący, choć wymykający się myślom album. Jeśli ktoś boi się latać, to polecam.
Według mnie to muzyka najbliższa malarstwu. Muzyczne plamy, linie, kolorystyka. Lepiej wygląda niż brzmi.
Nie słucha się jej jak zwykłych piosenek. Choć zdarzyło mi się ją nucić, jeśli wydawanie pojedynczych dźwięków można nazwać nuceniem. Tę płytę trzeba odbierać jak obraz. Niestety nigdy nie umiałam ładnie tłumaczyć emocji jakie daje mi muzyka. I w tym momencie skapituluje. Po prostu spróbujcie sami.
Te utwory nie nadają się ani do biegania, ani do tańca, nie polecam na dzwonek, ani do żadnych składanek. Polecam po prostu posłuchać.

Brian Eno Ambient 1: Music for Airports