Filmy z listy SF/DF : 2. Tarantula 1955r

A jak mnie dziabnie pająk? To trzeba iść na tańce!

Kolejnym filmem wymienionym w opisywanej nie tak dawno piosence (Science fiction/ Double Feature ) jest Tarantula z 1955r. To horror o ogromnym pająku. I jeśli mówię ogromnym, to mam na myśli OGROMNEGO pająka. Takiego który sprawia, że ginie bydło w okolicy i który potrafi zaatakować dom… z góry. Co zadziwiające, gdy snuje się wśród pagórków i łąk jakoś nikt go nie zauważa. Pająk olbrzym to skutek (nieudanego???) doświadczenia pewnego profesora, który planował rozwiązać problem głodu na świecie.
Że brzmi słabo? Ale jaka obsada! Clint Eastwood nawet nie został wymieniony w czołówce! 😉

Także ten, dziś o pająkach.
Wiadomo, że piosenek o pająkach jest mnóstwo i w sumie moglibyśmy radośnie pośpiewać, nawet bez odkrywania specjalnych nowości. Ale dziś będziemy tańczyć. Bardzo tańczyć. I nie ma odwrotu.

Ale może najpierw dajmy się ugryźć największemu chyba pająkowemu klasykowi:

The Cure – Lullaby

Jeszcze w temacie pająków jako takich (jakby kogoś tamten kawałek nie zjadł), bo potem to już zajmiemy się wkładem pajęczaków poważną kulturę i sztukę. 🙂

Ten Years After – Spider in my web

Jak już nas ugryzło, to spokojnie możemy wziąć się za lekarstwo. A lekarstwo będzie stare i będzie z Włoch. Bo jak się okazuje, tarantula czy też inne pająki wniosły do kultury coś więcej niż okolicznościowe występy w Monster movies. Wniosły Tarantyzm. Czyli jedną z odmian manii tańca.

Mania tańca co prawda brzmi całkiem spoko, ale jest to rodzaj psychozy, która powoduje przymus tańca, na dodatek jest zaraźliwa. W średniowiecznej europie występowały epidemie tańca(!!!), kiedy tańczyło kilkaset osób, a taniec często kończył się śmiercią tancerza z wyczerpania lub przeciążenia organizmu. Jedna z udokumentowych epidemii tańca miała miejsce w 1518 roku w Strasburgu, gdzie atakowi uległo blisko 400 osób. Na wybuch epidemii tanecznych według specjalistów mogły mieć wpływ ciężkie warunki życia, rozważano też możliwość zatrucia sporyszem. Takie epidemiczne tańce mogły powodować rozładowanie stanów nerwowych i silnych stresów. Wiązały się też z pobudzeniem zachowań i gestów seksualnych, a więc rozładowywały nie tylko stres ale również napięcie seksualne. (To musiały być grube imprezy ;P ). Ponadto epidemie pokrywały się z trasami pielgrzymek i nasilały przy uroczystościach ku czci niektórych świętych.

Jednym z typów epidemicznego tańca był pochodzący z południa Włoch tarantyzm.
Tarantyzm związany jest z kultem św. Pawła, pochodzi z około X w., a był kultywowany, czy też używany aż do XXw. Polega na tańczeniu, nawet kilkudniowym, frenetycznego tańca do specjalnej muzyki. Jest to coś na kształt muzycznego egzorcyzmu, który według wierzeń ludowych miał leczyć ukąszenia pająków, a podobno też innych kąsających żyjątek.
Ogólny plan był taki, że osobę ukąszoną próbowano leczyć grając specjalnie dobierane to typu pająka lub ukąszenia utwory. Stąd powstał specjalny gatunek muzyczny – tarantella. Przy odpowiedniej muzyce ugryziony rozpoczynał taniec, najpierw od drobnych ruchów palców, następnie całych kończyn, a potem wchodził w trans i zrywał się do tańca. Uważano, że tańcząc można wypocić z organizmu toksyczny jad. Niestety, poddany takiej kuracji pacjent nie był uleczony do końca, przymus tańca mógł powracać do niego co jakiś czas. Działo się to zwykle podczas upałów, lub gdy były pacjent usłyszał tarantellę, którą akurat leczono innych.

Patronem tarantystów stał się św. Paweł, do którego modlono się o uzdrowienie. W kaplicy poświęconej temu świętemu ponoć do dziś gromadzą się ludzie, którzy odprawiają rytuał taneczny. Bardziej w ramach kultu niż kuracji medycznej.

Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić frenetycznego tańca, to polecam krótki film dokumentalny pt. La Taranta z 1962r, reż. Gianfranco Mingozzi
Niestety nie rozumiem narratora (a przynajmniej nie wszystko, sporej części można się domyślać), ale sam obraz jest dosyć niezwykły.
La Taranta (Tarantula) – 1962r, reż. Gianfranco Mingozzi

Ale obecnie tarantella, to nie tylko takie cudne tańce. Ta muzyka weszła do kanonu włoskiej muzyki ludowej, później do klasycznej i teraz dalej inspiruje twórców. Zwłaszcza, że jej rozpiętość jest bardzo duża. Od spokojnych, melancholijnych i klimatycznych utworków, do klasycznych ludowych, energicznych kawałków. Odbywają się też festiwale tarantelli, gdzie usłyszeć ją możne zagraną we wszystkich gatunkach muzycznych.
Teraz trochę posłuchamy. Aha, i jeśli jesteśmy pogryzieni albo kiedyś byliśmy, to teraz będziemy tańczyć! 😉

Najpierw ze świetnej płyty „La Tarantella: Antidotum Tarantulae” zespołu L’Arpeggiata:
Tarantella Calabrese – L’Arpeggiata

i piękna narastająca: Ah, Vita Bella! z tej samej płyty.

To jeszcze w prawie tym samym wykonaniu jedna z najpopularniejszych tarantelli.
Tarantella Napoletana

Jak już wspomniałam Tarantella na swoich ośmiu włochatych nóżkach zakradła się do muzyki klasycznej. Wiec wypada posłuchać:
Karol Szymanowski – Nokturn i tarantela na skrzypce i fortepian

 

Można sobie też posłuchać co napisał Chopin w tym temacie.
F. Chopin Tarantella op. 43

Ale powróćmy do muzyki nam bliższej 🙂

Ennio Morricone: Rabbia E Tarantella (wykorzystane w Bękartach Wojny)

To jak już dotarliśmy do Quentina Tarantino, to wróćmy na chwilę do tematów pajęczych. Z powodu nazwy będzie Tito i Tarantula.
Z filmu „Od zmierzchu doświtu”, gdzie kąsają wampiry (reż.: Robert Rodriguez, scen.: Quentin Tarantino)

Tito & Tarantula – After Dark

Piosenek o pająkach jest cała masa, bo jak wiadomo to dobry, mroczny temat. Myślę, że trzeba do niego wrócić… zaraz po dinozaurach.

I tyle w temacie pająków na dziś. Dobranoc. Karaluchy pod poduchy.
Tito & Tarantula – Angry Cockroaches

PS: Polecam też posłuchać Tarantelli z Ojca Chrzestnego!
A gdyby ktoś chciał sobie coś poczytać o tanecznych epidemiach to zapraszam tu: http://www.psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_2_2011/Prochwicz277_PP2_2011.pdf

Filmy z listy SF/DF : 1. Noc demona 1957 r.

Napisałam chwilę temu, że będą filmy klasy „B” wymienione w piosence „Science Fiction / Double Feature”z filmu/musicalu The Rocky Horror Picture Show.

Zacznę od filmu który obejrzałam po zapoznaniu się z tą listą, bo mnie zaciekawił.
„Noc Demona” z 1957r. w reżyserii Jacques’a Tourneur’a

Noc Demona to film brytyjski z 1957 roku. Nie jest to typowy film sci-fi, to zdecydowanie horror/thriller. Opowiada o naukowcu, który chce racjonalnie rozwikłać zagadkę rzekomej klątwy demona. W filmie pojawiają się sceny z owym demonem, które niestety wyglądają trochę słabo i bardziej śmieszą niż straszą :).
Z tego co wyczytałam w Internecie to zdaniem reżysera w filmie nie powinno być tych scen. Dograno je i dodano. To zrobiło z naprawdę niezłego thrillera, takie horrorowe fantastyczne coś. Cóż, ja akurat wolę jak niewiele widać w filmie :), zwłaszcza jeśli efekty specjalne są średnie. Ale co robić, jak żyć.
Zastanawiam się, czy gdyby nie te wydumane 2 scenki, to czy film nie byłby dużo lepiej oceniany.

„Noc Demona” konwencją i stylem przypomina trochę „Dziewiąte Wrota”. Mamy zagadkę związaną z mocami nieczystymi i głównego bohatera, który próbuje ją w racjonalny i logiczny sposób wytłumaczyć. Jest teże emocjonalnie związana ze sprawą piękna kobieta (no bo jak to tak, bez wątku miłosnego), oraz świetny choć niepozorny czarny charakter :).
Jest scena z demonicznym clownem-magikiem i złowieszczy śmiech, jest też skradający się cień. Brzmi dobrze, prawda?

A teraz ciekawostka, która pozwoliła mi napisać o tym filmie na blogu o muzyce.
Fragment jednej za scen został wykorzystany w piosence Kate Bush – Hounds of love.

Najpierw piosenka.
Zwróćcie uwagę na pierwsze wypowiedziane męskim głosem słowa: „It’s in the trees! It’s coming!”. To cytat z filmu. Słowa te powtarzają się również w piosence.

Kate Bush – Hounds of love

A teraz scena z filmu pod koniec której padają słowa wykorzystane w piosence.

Piosenka jest o strachu, w tym o strachu przed miłością. Tytułowe „Hounds of love” to świetna figura. Urzekło mnie to, że piosenka została zilustrowana przez coś co straszy nas najbardziej. Przez wspomnienie z horroru oglądanego w młodości. Tak przynajmniej przypuszczam. Dziecięcy, irracjonalny strach, to bardzo żywe wspomnienie i które ma chyba każdy. Zakładam, że większość z nas pamięta straszny film widziany w dzieciństwie dużo za wcześnie, który do dziś wywołuje gęsią skórkę. Film którego wspomnienie nas przeraża, choć pewnie sam film obejrzany dziś, nie był by już taki straszny. Tak tworzy się legenda ;).

Mój straszny film to „Coś” czyli „The Thing” Johna Carpentera z 1982r. Obejrzałam go u cioci, (pewnie po roku 1990) na kasecie video i wiem, że rodzice nie pozwoliliby mi go obejrzeć (hej Mamo! 😉 ).
Pewnie wszyscy znają, ale co tam. Trailer filmu:
The Thing. reż. John Carpenter 1982r.

Muzykę do filmu napisał Ennio Morricone i dostał za nią nominację do… Złotej Maliny, za najgorszą muzykę filmową.
Nie wiem dlaczego. Mnie ta muzyka nawet bez filmu straszy.

Ennio Morricone – Soundtrack: „The Thing”

Na pewno zwróciliście uwagę na piękny poster do tego filmu. Jeśli nie, to zwróćcie (2 minuta). Jest świetny! A jego autorem jest Drew Struzan. O którym więcej jakoś niebawem :).

Okazuje się, że film ma swoją wcześniejszą wersję. A tak dokładnie to powstał na podstawie książki, której pierwsza ekranizacja ukazała się w 1951r. pod tytułem „The Thing from Another World” i tym samym wchodzi na listę moich filmów do zobaczenia.

Gdyby ktoś chciał się podzielić swoją ulubioną muzyką z najgorszego pamiętanego horroru, to zapraszam :). Chętnie posłucham.